W ubiegłym tygodniu Lech Wałęsa przyznał w programie Moniki Olejnik w TVN24, że ogląda Telewizję Trwam i zgadza się z jej przekazem w 95 procentach. Pozostałe pięć procent - jak stwierdził - należałoby oczyścić. Dwa podstawowe zarzuty, jakie ma były prezydent, to obrażanie innych i przypisywanie sobie największego patriotyzmu.
Mimo to Wałęsa zarzekał się, że telewizja jest potrzebna, przede wszystkim ze względów religijnych. - Absolutnie nie należy likwidować Telewizji Trwam. Niech ona działa jak najdłużej. Gdyby to tylko w jakiś sposób oczyścić - mówił.
Po jednej z ostanich audycji były prezydent najwyraźniej zmienił zdanie. Na swoim blogu Wałęsa opisał program: "Do beczki miodu znów wlano łyżeczkę dziegciu. To nie było nic innego jak stek bzdur, pomówień i oskarżeń, ani jedna istotna kwestia nie była prawdziwa".
Prezydent poczuł się dotknięty, ponieważ ksiądz stwierdził podczas audycji, że zwycięzcy nad komuną po 1980 roku zniszczyli m.in. Stocznię Gdańską. - Prawda wyglądała tak, że upadek ZSRR spowodował utratę odbioru produkcji [Statków] zestoczni Gdańskiej 98,5 proc. z całej produkcji stoczni. Rynki zachodnie były zapełnione i nikt nie chciał kupić tej produkcji. Podobnie było też w innych dziedzinach. Co można było zrobić? - pyta Wałęsa i dodaje, ze po 15 minutach nie wytrzymał i musiał wyłączyć odbiornik.
eMBe/Dziennik.pl

