Lech Wałęsa krzyczy o referendum, formułuje do niego, delikatnie mówiąc, abstrakcyjne pytania i przekracza kolejne szczyty absurdu. 

Lech Wałęsa był dziś gościem w RMF FM, gdzie mówił o pomyśle zorganizowania referendum przeciw obecnej władzy. 

Pytanie zaproponowane przez byłego prezydenta jawi się jednak jako... mało czytelne: 

"Pierwsze pytanie powinno być: czy mają prawo po wyborach do wszelkich działań. Czy mają upoważnienie do wszelkich działań, np. zmiany systemu politycznego, wycinając sądy, czy mają prawo do szkolnictwa, żeby zawsze zmieniać. Każda władza, która wygra wybory, czy mają prawo jakieś wojska tworzyć, pieniądze brać z podatników na takie cele, o które trzeba by się zapytać jeszcze raz narodu, mimo wygranych wyborów. Jestem przekonany, że musi to przedyskutować i zapisać w przyszłości, że wybory nie upoważniają do wszelkich działań. O niektóre rzeczy trzeba się spytać w inny sposób narodu" - mówił Wałęsa. 

Był również pytany o to, dlaczego niedawno w programie Moniki Olejnik określił polityków PiS mianem "zdrajców". Wałęsa zapewniał, że takie słowa nigdy nie padły... choć padły: 

"Ja nigdy nie powiedziałem, że zdrajcy - tak daleko... Ja tylko mówiłem przede wszystkim o tym, że niszczą nasz dorobek - ja tego się trzymam, bo niszczą. Kłócą nas z całym światem - niech zobaczą, jak to wszystko wygląda. W związku z tym, jeśli tak zamierzają postępować, to należałoby jak najszybciej ich do historii przenieść, dlatego że to szkodzi Polsce. Albo się nawrócą..."

Oczywiście w tym samym wywiadzie nie omieszkał ostro zaatakować partii rządzącej. Porównał przy tym PiS do... komunistów:

"Już nas traktowano poważnie, już nas wszędzie uwzględniano no i teraz wracamy do starych ocen Polaków w świecie i dlatego to jest większa strata w krótszym czasie jak komuniści. Komuniści tracili dużo, narobili wiele krzywd, ale rozłożeni w czasie. Ci robią tu i teraz w przyspieszonym terminie - to miałem na uwadze".

emde/rmf24.pl