Kiedy już dowiedziałam się, że Chiny w razie chęci zdemokratyzowania swojego systemu mogą liczyć na pomoc Pana Ministra i  wysłuchałam pogłębionej analizy procesów historycznych, które utrwalały przyjaźń polsko-litewską, tuż po wiernopoddańczym adresie Pana Ministra do Pana Premiera zabrałam się do poszukiwania całości przemówienia. Ponieważ zawsze z łatwością odszukiwałam aktualizowane na bieżąco teksty wygłaszane w brytyjskiej Izbie Gmin a nawet  rosyjskiej Dumie pełna optymizmu wpisałam odpowiednie zapytanie do wyszukiwarki. Wyników ponad 20 tysięcy- najświeższy tekst z zeszłego roku. Nie dowierzając wujowi Guglowi a kierując się własną logiką weszłam na stronę Sejmu- owszem- mogę tam odsłuchać przemówienie ale tekstu pisanego nie ma. Wskoczyłam na stronę Ministerstwa Spraw Zagranicznych i tu dopiero niespodzianka- ostatni opublikowany tekst przemówienia Pana ministra pochodzi z listopada zeszłego roku… Na stronie Rządu oraz Premiera i Prezydenta (wedle konstytucji współodpowiedzialnych za prowadzenie polityki zagranicznej) ani słychu.

Zadowalając się omówieniami i cytowanymi fragmentami odpuściłam bo szkoda czasu i nerwów, zwłaszcza tych ostatnich. Moja naiwność znowu została pouczona, gdzie jest miejsce obywatela w Rzeczypospolitej. Przypuszczam, że za czasów rządów przebrzydłego Fryderyka Wielkiego bez trudu mogłabym zdobyć kopię jego przemówienia ioraz zdobyć informację o bieżącej działalności jego rządu. Za czasów duetu Tusk-Komorowski  erze Internetu nie mogę na bieżąco śledzić co mówi w Sejmie człowiek, któremu płacę za prowadzenie w moim imieniu polityki zagranicznej moje go kraju… Pytanie czy w takim razie zajmuje się Minister Boni i jego cyfrowe ministerstwo, co z zapisanym w Konstytucji prawem do informacji i ustawowo łatwym dostępem do informacji publicznej? Oczywiście mogę posłuchać. Nawet głusi mogą bo jest tłumaczenie na język migowy. Problem  tym, że podstawą nadal jest język pisany- a tak się składa, że niektórym grupom zawodowym taki tekst jest potrzebny do pracy- na przykład nauczycielom. O dziennikarzach nie wspominam bo mają własne źródła i drogi dostępu do informacji.  Po coś też są utrzymywane z publicznych pieniędzy internetowe portale instytucji państwowych- obywatel ma prawo spodziewać się, że w dowolnej chwili znajdzie tam każdą aktualną informację publiczną, której tylko zapragnie- no, ale może to nie ten standard. Wszak przywołane przeze mnie przykłady dostępności informacji są z gruntu nietrafione- Wielka Brytania, jak to zdiagnozował Pan minister Sikorski, „odwraca się plecami do Europy” a Rosja… to Rosja. Tak więc najlepiej skorzystać z portalu jakiejś miarodajnej gazety i lemingopodobnie przyjąć zamieszczone tam omówienie z dobrodziejstwem inwentarza. Tanio, szybko, wygodnie i bezpiecznie. Dla władzy oczywiście, ale czyż trzeba czegoś więcej?

Monika Nowak