Po latach filmowej kalki zachodniego kina, której chyba najbardziej jaskrawym przykładem była totalnie poroniona produkcja - pod wiele mówiącym tytułem - "Kac Wawa", rodzimi twórcy znowu zaczynają stąpać po twardym gruncie. W ślad za twórcami realistycznych filmów kryminalnych made in Poland, podążyli reżyserzy preferujący zupełnie inne gatunki, ktorzy zdali sobie sprawę, że kino można robić tu i teraz, a warte scenariusza są opowieści, które dzieją się za ścianą czy pobliskiej ulicy. Nie w Los Angeles, nie Nowym Jorku, ale Piotrkowie, Bydgoszczy, setkach innych polskich miast, a także na barwnej prowincji.
Nie chodzi bynajmniej o filmowe epopeje w stylu "Ogniem i Mieczem", "Pana Tadeusza" czy zakończone totalną klapą filmy "Starą Baśń" czy "Bitwę Warszawską". Wielki kino czasem opiera się na małych opowieściach poszczególnych Nowaków, Kowalskich, Wiśniewskich, którzy nie walczą na śmierć i życie z wrogiem narodu, nie snują egzystencjalnych rozważań i nie muszą zbawiać świata w ciągu 24 godzin, ale przeżywają swoje małe dramaty czy zwykłe codzienne problemy, nawet gdy ograniczają się tylko do liczenia pieniędzy, aby wystarczało do 1-go.
Taką sztukę do perfekcji opanował swego czasu Przemysław Wojcieszek, autor takich filmów jak: "Głośniej od bomb", "W dół kolorowym wzgórzem" czy "Doskonałe popołudnie". W krajobrazie polskiej prowincji opowiedział zwykłe historie, które momentami bawią, innym razem wprawiają w stan przygnębienia, ale zawsze rozgrywają się w naszej rzeczywistości. Reżyser, kojarzony ze środowiskami lewicowymi (m.in. za sprawą filmu "Sekret"), pokazał, że można kręcić filmy w polskim pejzażu.
Nieco gorzej jest z komediami. Oprócz kultowego "Wesela" Smarzowskiego czy "Dnia Świra" Koterskiego ciężko wskazać filmy o polskiej rzeczywistości, które bawią do łez bez nutki goryczy, jak w przypadku wspomnianych produkcji.
Być może przełomem będzie film Anny Wieczur-Bluszcz "Być jak Kazimierz Deyna". Film, który wejdzie na ekrany kin 1 marca, już zaprezentowany na pokazie przedpremierowym dla dziennikarzy, to kolejny dowód na to, że mały fragment historii Polski to nie lada wyzwanie dla twórców komedii, którzy posługując się PRL-owskim pejzażem czy krajobrazem "dzikiego polskiego kapitalizmu" początku lat 90., mogą stworzyć coś niepowtarzalnego. I choć film Wieczur-Bluszcz nie jest wybitnym dziełem, może posłużyć jako topos dla pozostałych twórców, którzy porywają się z motyką na słońce, a nie są w stanie stworzyć filmu, który najzwyczajniej w świecie, będzie chwilą przyjemności dla polskiego widza.
A przecież niejeden polski chłopiec chciał być Kazimierzem Deyną...
Aleksander Majewski
