Polakom nigdy nie brakowało brawury. Z komunistycznego raju próbowano wydostać się drogą lądową, powietrzną i morską. Wiele ucieczek kończyło się tragicznie. Granice państw bloku socjalistycznego były bardzo dobrze strzeżone. Do roku 1968 zbiegło z Polski albo pozostało za granicą ponad 32 tysiące osób. Najwięcej w latach 1957–1958, gdy nastąpiło polityczne rozluźnienie.

 

Klecel przytacza, że 5 marca 1953 roku był pamiętny nie tylko z powodu śmierci generalissimusa Józefa Stalina. Młody pilot Franciszek Jarecki z 28. Pułku Lotnictwa Myśliwskiego w Słupsku zapamiętał go zupełnie inaczej. W tym dniu podjął najważniejszą, a zarazem najbardziej ryzykowną decyzję w swoim życiu. Jej ceną była nawet kara śmierci, o czym przekonali się inni jego koledzy. Rano tego dnia wystartował do swego pierwszego, ćwiczebnego lotu na myśliwcu MIG-15 z numerem bocznym 346 w grupie kilku samolotów, by przelecieć nad wybrzeżem w kierunku Szczecina. Udaje mu się zmylić innych pilotów i kontrolę naziemną. Kieruje swój samolot na wyspę Bornholm. Mimo pościgu, nie znając terenu (spodziewał się, że na wyspie jest amerykańska baza wojskowa), ląduje na polowym lotnisku w Ro/nne. Następnego dnia na pierwszych stronach duńskich gazet ukazuje się najpierw sensacyjna wiadomość o „lądowaniu polskiego pilota na sowieckim samolocie bojowym”, a dopiero później informacje o śmierci Stalina. W eskorcie duńskich okrętów wojennych pilot i jego samolot zostają przewiezieni do Kopenhagi. W tym czasie trwa wojna na Półwyspie Koreańskim i Amerykanie są szczególnie zainteresowani konstrukcją samolotów sowieckich. Władze polskie starają się usilnie o zwrot samolotu, by nie narazić się zwierzchnikom w Moskwie. Samolot wraca do kraju po trzech tygodniach, zapewne po gruntownym zbadaniu jego konstrukcji.

 

Z PRL-u próbowano wydaostać się różnymi sposobami. Autor opisuje też najpoważniejszą, najbardziej brzemienną w skutkach była ucieczka statku hydrograficznego „Żuraw” w 1951 roku. Brawura i skuteczność poruszyła całą polską Marynarkę Wojenną. "Część jego załogi porwała po prostu statek, który odbywał kurs z Kołobrzegu do Gdyni, i uprowadziła go do Szwecji. Na pokładzie prócz dowództwa znajdowała się akurat grupa wyższych oficerów z Szefostwa Hydrografii Marynarki Wojennej. Przywódca buntu st. marynarz Henryk Barańczak z pomocą załogi zamknął wszystkich oficerów w jednym z pomieszczeń i skierował statek na wody terytorialne. Zerwano łączność (w centrali myślano później, że to awaria starych urządzeń), ukryto banderę. Nikt z załogi nie znał się na nawigacji, ominięto więc Bornholm, obawiając się jego skalistych brzegów, i mimo rozłamu wśród załogi udało się doprowadzić statek do portu w Ystad. W Szwecji pozostało 11 marynarzy. „Żuraw” z dowództwem odpłynął do kraju. Był to dopiero początek afery. Całe dowództwo Marynarki Wojennej postawiono na nogi. Zanim jeszcze statek dopłynął do kraju, został wysłany naprzeciw niego niszczyciel „Błyskawica”, by go eskortować. W Gdyni aresztowano całą pozostałą załogę „Żurawia”. Wszystkim wytoczono natychmiastowe procesy o zdradę i szpiegostwo" - pisze Klecel.

 

Polecamy cały artykuł

 

JW/NaszDziennik.pl