Zawsze najbardziej rozśmieszają mnie ci wszyscy, którzy z troską pochylają się nad problemami Kościoła, a którzy jednocześnie wyraźnie się od niego odcinają. Mamy przecież Janusza Palikota, pierwszego apostatę RP, któremu leży na sercu moralność i czystość kapłanów. Mamy prof. Magdalenę Środę, która czasem ubolewa nad dolą ucięmiężonych religią katolicką kobiet. Mamy wreszcie Małgośkę (bo przecież nie Małgorzatę) Szumowską, która wieloktronie podkreśla, że kiedyś katoliczką była, ale już nie jest, a która robi film o księdzu-homoseksualiście.

 

Dziś na festiwalu w Berlinie będzie miał swoją premierę najnowszy film reżyserki „33 scen z życia”, opowiadający o zakazanej miłości księdza i wiejskiego chłopaka. Absolutnie, nie zabraniam Szumowskiej robienia filmów, w których dotyka problemów Kościoła. Jak wiadomo, wielką reżyserką jest (choć jej ostatni „Sponsoring” przyprawiał o mdłości), więc może. Jednak, choć na razie w sieci można zobaczyć tylko zwiastun obrazu, „W imię...” wchodzi na ekrany w glorii chwały, jako skandaliczny, ale odważny głos w debacie (?) o księżach, którzy nie radzą sobie ze swoją seksualnością. Sama reżyserka w rozmowie z „Wyborczą” zapewnia, że wywoływanie skandalu nie było jej celem. Ot, naprawdę trudno przewidzieć, że jak się robi film o miłości księdza i nastolatka, i to w czasie szczególnej nagonki na pedofilów w Kościele, to będzie wielka burza.

 

Ale oddajmy głos samej Szumowskiej: „Oczywiście zdaję sobie sprawę, że wstrzeliwuję się nim (filmem – przyp. MB) w dyskusję na temat Kościoła, homoseksualizmu, celibatu, związków partnerskich itd. I już pytają mnie, dlaczego nie zrobiłam filmu o molestowaniu młodych ludzi przez księży, bo to taki palący problem... Ale kino to nie publicystyka. Gdybym o tym miała robić film, musiałabym swego bohatera osądzać moralnie”. Dlatego reżyserka podkreśla, że zrobiła film o dobrym człowieku, po to, żeby móc pokochać swojego bohatera. Pewnie również po to, by i widzom było łatwiej go polubić – wiadomo przecież, że człowiek, który nie do końca radzi sobie ze swoimi problemami, ale w gruncie rzeczy nie jest zły, budzi nie tylko współczucie, ale nawet sympatię.

 

Zdaniem Szumowskiej, „wielu księży odnajdzie się w tym filmie. Tylko nie powiedzią tego na głos”. Czy zatem jest to film antykościelny? Z pewnością, przez wielu widzów zostanie on tak właśnie odebrany. I pewnie nie ma się czemu zbytnio dziwić, skoro już w zwiastunie widzimy scenę masturbującego się w wannie Andrzeja Chyry (w roli księdza), czy jego obleśne wodzenie wzrokiem za Dynią (w tej roli „aktor jednej miny”, Mateusz Kościukiewicz). Reżyserka jednak przekonuje, że „nie o to tu chodzi, czy jest anty, czy pro – nie da się go tak określić”.

 

Chcąc, nie chcąc, Szumowska, jakkolwiek by się nie zarzekała, robiąc film o miłości homoerotycznej w Kościele, w jakiś sposób wpisuje się w trwającą w Polsce, i szczególnie rozpaloną po odrzuceniu projektów ustaw o związkach partnerskich, debatę o homoseksualizmie. „Obracam się w środowisku związanym ze sztuką nowoczesną, teatrem, kinem. W tym środowisku ludzie są z założenia otwarci, nikt nie zwraca uwagi na to, czy ktoś jest gejem, również religia czy jej brak nie ma żadnego znaczenia” zapewnia. I od razu dodaje wrzutkę na zasadzie „a u was biją murzynów”: „Ale równocześnie wiem, że obracam się w środowisku wąskim i uprzywilejowanym, które ulega iluzji, że tacy są wszyscy i że Polska jest gotowa na wielką zmianę obyczajową. Jeśli Sejm mnie czymś przeraził, to nie wynikiem głosowania, którego byłam pewna, tylko stopniem wzajemnej agresji, wręcz nienawiści, i to zarówno z prawa, jak i z lewa. Także niedawne ataki na "Pokłosie" pokazują, że wcale nie jesteśmy gotowi na zmiany. Większość z nas jest jak te dzieciaki z mojej wsi, przezywające się: ty żydzie, ty pedale. Przygotowując film "W imię..." , nie myślałam, że będzie skandaliczny czy dotkliwy. Wydawało mi się, że stajemy się już dostatecznie niezależni od kleru. Teraz tak nie myślę. Ludzie na wsi mogą narzekać, że ksiądz zdziera z nich pieniądze, że ma kobietę i dziecko, ale ostatecznie i tak pójdą za nim”.

 

Szumowska apsiruje do roli reżyserki, która nie ocenia, nie chce stawać po jednej czy drugiej stronie, do roli reżyserki, która z racji własnego doświadczenia wiary, zna realia Kościoła, a z drugiej strony, w rozmowie z „Wprost” przyznaje, że inspiracją do filmu był... artykuł w gazecie o tragicznej historii proboszcza uwikłanego w zakazane uczucie.

 

Naprawdę, chciałabym uwierzyć Szumowskiej. Chciałabym, aby jej film pokazywał księży jak bohaterów z krwi i kości nie tylko wtedy, kiedy grają w piłkę z ministrantami albo potrafią wypić piwo z nastolatkami, ale także wtedy, kiedy borykają się z trudnościami. I radzą sobie z nimi w inny sposób, niekoniecznie oddając się masturbacji czy miłostkom z podopiecznymi. Chciałabym wierzyć, że Szumowska pokazała pewne problemy, stając jakby ponad nimi, a nie próbując dowieść, że rozwiązanie, która ona proponuje, jest w jakiś sposób lepsze. Niestety, po obejrzeniu jej „Sponsoringu” takich nadziei nie mam, bo obraz Szumowskiej był niczym innym, jak nachalną promocją sprzedawania własnego ciała. A nawet więcej, reżyserka skądinąd niezłych „33 scen z życia” pokazała prostytuowanie się (bo przecież tym jest światowo i nowocześnie brzmiący „sponsoring”) jako coś atrakcyjnego, jako sposób radzenia sobie przez kobiety w życiu. Jej bohaterki nie miały nawet najmniejszych wątpliwości, nie mówiąc już o wyrzutach sumienia, spodowodowanych tym, że kupczą swoimi tyłkami.

 

Czy tak samo jednostronnym, a przez to miałkim, filmem będzie „W imię...”?

 

Marta Brzezińska


fot. Pisf.pl