Od razu po rozpoczęciu proces został utajniony. Sąd przychylił się do wniosku obrony, aby chronić dobre imię oskarżonego. Zgodnie z polskim prawem lekarz nie mógł na prośbę pacjentki przepisać tabletek wczesnoporonnych, ponieważ ciąża nie była wynikiem przestępstwa, ani nie było zagrożenia życia matki. O pomoc w przestępstwie oskarżony został także znajomy kobiety, który telefonicznie miał jej przypomnieć o wzięciu środków. - Obu oskarżonym grozi do trzech lat więzienia – mówi dla Radia Białystok szefowa prokuratury rejonowej Urszula Sieńczyłło.
- W Polsce środki wczesnoporonne nie są zarejestrowane. Nawet preparaty mające wywołać farmakologiczną indukcję poronienia jeśli płód obumarł, lekarz może przepisać tylko za zgodą pacjentki. Lekarz składa przysięgę Hipokratesa i jeśli przepisuje tabletki mające wywołać poronienie żywego płodu (ciąży zagrożonej) to pewnie działa w tzw. podziemiu aborcyjnym - mówi portalowi Fronda.pl ginekolog-położnik z Warszawy Ewa Ślizień - Kuczapska.
Urszula Sieńczyłło wyjaśnia, że do stanięcia ginekologa przed sądem przyczyniły się zeznania dziewczyny. W trwającym procesie ma ona status świadka, a nie pokrzywdzonego. Dziewczyna nie odpowie też za zlecenie aborcji, ponieważ polskie prawo nie przewiduje odpowiedzialności kobiety, nawet w przypadku przeprowadzenia aborcji na jej wyraźne życzenie.
Cała sprawa została ujawniona w wyniku... działań operacyjnych Straży Granicznej, które dotyczyły zupełnie innych wydarzeń. Funkcjonariusze Straży Granicznej przypadkiem dostali wiadomość o przeprowadzeniu aborcji, której wedle polskiego prawa nie można było przeprowadzić i poinformowali o tym prokuraturę. Tym sposobem przesłuchano dziewczynę, która przyznała, że rok temu dokonała aborcji i złożyła zeznania obciążające Sławomira S.
MM/Radio.białystok.pl
Podobał Ci się artykuł? Wesprzyj Frondę »

