Wiadomość o śmierci Violetty Villas podała TVN24. Wokalistka zmarła wieczorem w Lewinie Kłodzkim, gdzie mieszkała.
Nazywała się Czesława Cieślak, ale pianista Władysław Szpilman wróżąc jej światową karierę przekonał ją do przyjęcia bardziej "międzynarodowej tożsamości".
W kwietniu tego roku piosenkarka mówiła "Faktowi": "Nie boję się śmierci. W końcu to nie jest koniec. Śmierć jest dopiero prawdziwym początkiem".
Artystka wielokrotnie zapewniała, że jest osobą głębokiej wiary, za co była atakowana w niewybredny sposób (zwłaszcza gdy pokazywała sie w towarzystwie o. Rydzyka).
"Wiele razy cierpiałam, bo wbrew temu, co mówią ludzie, moje życie nie zawsze było usłane różami. Ale wiem, że Bóg mnie w ten sposób sprawdzał i hartował. Dzięki temu zbliżyłam się do Niego i pogłębiłam swoją wiarę" - opowiadała bulwarówce.
Atakowano ją od początku kariery. Na jednym z koncertów krzyknęła do publiczności: "Wmawiają wam i mnie, że jestem głupia. Nie wierzcie im i kochajcie mnie". Śpiewała: "Jestem jaka jestem i taką mnie macie". Ludzie uwielbiali ją taką jaką była i wybaczali jej wiele rzeczy, np. duże spóźnienia na koncertach.
Villas debiutowała na scenie w 1960 roku. W trakcie kariery śpiewała w najsłynniejszych salach koncertowych - paryskiej Olimpii i wielu w Stanach Zjednoczonych. Zagrała też kilka niewielkich ról filmowych w produkcjach wytwórni MGM.
Ostatnio wiek i stan zdrowia nie pozwalały jej już często występować. W ostatnich latach pisano m.in. o jej kilku letnim epizodzie współpracy z SB i relacjach z menedżerem i adwokatem - sugerowano, że ci finansowo wykorzystywali Villas.
W jej notce biograficznej zamieszczonej w Wikipedii czytamy: posiadała słuch absolutny i umiejętność gry na fortepianie, puzonie oraz skrzypcach. Przez wielu uważana za legendę polskiej muzyki, w prasie francuskiej i amerykańskiej określana jako "głos ery atomowej" oraz "biały kruk wokalistyki światowej". Ciekawostką jest fakt, że Villas mówiła biegle w języku francuskim i walońskim.
PSaw/tvn24.pl/dziennik.pl

