A przecież wcale tak być nie musi! Przez całe wieki źródłem dochodów państw wcale nie były podatki ale... państwowa własność. Tak, tak, to wcale nie jest socjalistyczny wymysł! Te pochodzące z systemu lennego domeny zwane w Polsce królewszczyznami, to nie było nic innego jak właśnie własność państwowa, z której państwo czerpało zyski i z której się utrzymywało. Co prawda dziś też państwo czerpie dochody ze swojej własności, jednakowoż tylko wtedy, kiedy jego urzędnikom uda się tę własność sprzedać. Dochody z królewszczyzn były stałe i na tyle wysokie, że żaden władca nigdy nie wpadł na ten genialny pomysł by nałożyć na swoich poddanych daniny, których wysokość przekracza trzy czwarte tego, co wypracują. Niestety, Pierwsza Rzeczpospolita dostała się w czułe objęcia sąsiadów, Druga Rzeczpospolita trwała zbyt krótko a potem... potem nastąpiła era powszechnej szczęśliwości opartej na sprawiedliwości społecznej.

 

Królewszczyzna były wynalazkiem genialnym w swojej prostocie. Były to zasoby ziemi wraz z jej bogactwem-  użytkami rolnymi, lasami, kopalinami oraz urządzeniami służącymi do przetwarzania pozyskanych surowców, które należały nie do panującego (jak domena w państwie patrymonialnym) ale do monarchii jako instytucji, natomiast władca był ich dysponentem (ograniczonym obowiązującym prawem) oraz, częściowo, beneficjentem. Dobra te służyły jako nadania dla urzędników na czas pełnienia służby (w ramach wynagrodzenia za pełnienie urzędu), lub nadania za zasługi (dożywotnio lub, rzadziej, dziedzicznie, gdyż to uszczuplało zasoby państwa) oraz bezpośrednio jajko źródło utrzymania instytucji państwowych oraz samego władcy. Królewszczyzny nie nadane urzędnikom puszczano zazwyczaj w dzierżawę. Dzierżawca miał obowiązek zapłacić określony czynsz dzierżawny w pieniądzu lub naturze a wynagrodzeniem  i zyskiem było to co wypracował ponad kwotę, którą obowiązany był wpłacić do skarbu. Możliwa była również umowa procentowa. Tym sposobem zapełniano skarb państwa i kiesę królewską (należy podkreślić, że te dwa fundusze były starannie oddzielone a obowiązkiem podskarbiego było wnikliwe kontrolowanie czy przypadkiem królowi się nie pomyliło i nie wyciągnął pieniędzy na zakup faworycie kolii z niewłaściwej kieszeni) a jednocześnie powodowano, że dzierżawca był zainteresowany nie tyko utrzymaniem ziemie będącej w jego dyspozycji w jak najlepszym stanie ale i umową długotrwałą, dającą perspektywę zwiększania zysków przez mądre inwestycje co stabilizowało sposób gospodarowania i metody osiągania zysków. Oczywiście w praktyce bywało różnie i los królewszczyzn bywał dramatyczny, były one też przedmiotem targów politycznych i niejednej awantury sejmowej. Wystarczy przypomnieć żądania ruchu egzekucyjnego, gdy średnia szlachta, słusznie wzburzona zawłaszczaniem dóbr królewskich przez rodziny magnackie (najczęściej wymuszano nadania lub „zapominano” zwrócić ziemię, będącą dożywotnim nadaniem urzędniczym), zapobiegając pomysłom zatkania dziury budżetowej ekstraordynaryjnymi podatkami, zażądała dokładnej lustracji i egzekucji czyli zwrotu ziem bezprawnie zawłaszczonych.  Mądry ten postulat został wysunięty nie w obronie własnych kieszeni (choć przy okazji i tego dopilnowano) ale dla utrzymania pewnego i nie obciążającego obywateli sposobu finansowania państwa a także ochrony (tak, tak!) niezależności finansowej władcy co wzmacniało jego pozycję i możliwości egzekwowania prawa.

 

Ale wróćmy do meritum. Na finanse publiczne narzekają dziś wszyscy: rząd, że zbyt mało forsy wpływa do budżetu a obywatele, że za dużo tej samej forsy rząd z nich doi. A tymczasem jest prosty sposób by rząd forsę dostał a obywatele nie byli dojeni: dochody z premierowszczyzn czy też rządowszczyzn (jako, że nie mamy na stanie króla pozwoliliśmy sobie zmienić nieco nazwę państwowej własności). Ale dochody nie z ich sprzedaży, ale z dzierżawy – w myśl zasady, że lepiej jeść stale małą łyżeczką niż wielką łychą najeść się raz.

 

Dotychczasowa prywatyzacja państwowego majątku przypominała raczej zarżnięcie kury na rosół. Kury, która przy odrobinie wysiłku i mądrej organizacji mogła znosić złote jajka. Trudno się temu dziwić. Po latach nakazowo – rozdzielczego systemu sterowania gospodarką zachłysnęliśmy się kapitalizmem a ten kojarzył się głównie z prywatną własnością. Zaczęliśmy zatem wyprzedawać majątek, oddawać go w ręce prywatnych właścicieli, którzy mieli zapewnić nam dobrobyt i poziom życia znany z krajów „zgniłego zachodu”. W budżecie pojawiły się dochody ze sprzedaży, które pozwoliły załatać dziury i sfinansować bieżące potrzeby państwa. Niestety, każdy kto chodził w połatanych spodniach wie, że łata prędzej czy później wymagać one zaczynają kolejnej łaty, potem następnej i tak dalej. Budżet tak samo – połatany zaczyna się pruć w innym miejscu i co chwilę wymaga kolejnych napraw, na które w końcu przestaje wystarczać materiału. Rozwiązaniem byłaby dzierżawa państwowego majątku, na której zarobiliby wszyscy – państwo miałoby stały dochód a dzierżawca zysk, który sam by wypracował.

 

Ktoś zdziwić się może, że my, radykalni zwolennicy libertarianizmu i wolnego rynku nagle odstawiliśmy woltę i zaczęliśmy wychwalać państwową formę własności. Otóż żadna to wolta, żadna zmiana poglądów: w wolnej gospodarce jest miejsce dla wszystkich. Jedynym warunkiem jest przestrzeganie reguł i równe prawa dla wszystkich uczestników rynkowej gry.

 

Jak miałby wyglądać taki system. Według nas to proste: przedsiębiorstwo czy ziemia należące do skarbu państwa, za który jest odpowiedzialny premier i stosowny minister jest oddawane w dzierżawę konkretnej osobie, z którą podpisuje się zwyczajną umowę dzierżawną na określony czas. Na jak długi zależałoby od umawiających się stron oraz zdania ekspertów od ekonomii, którzy pracują dla rządu. Dzierżawca byłby zobowiązany do corocznego odprowadzania do budżetu określonej kwoty lub procentu od zysków. Z co przedsiębiorstwo wypracowałoby ponadto jakąś część można by zastrzec jako kwotę przeznaczoną na inwestycje w to samo bądź inne przedsiębiorstwo należące do państwa, albo odłożyć by przynosiło zysk z zakupionych papierów wartościowych czy po prostu lokaty bankowej. Te  fundusze mogłyby też stanowić rezerwę na lata chude lub na wypadek wielkiej klęski żywiołowej. Pozostała część to czysty zysk dzierżawcy. Osoba tak byłaby osobiście odpowiedzialna za dostarczenie wymaganej kwoty i jego sprawą byłoby, skąd weźmie pieniądze- gdyby zarządzał źle musiałby ją zapłacić z własnej kieszeni. Taki system skłaniałby do dbałości o powierzoną dzierżawę i likwidował problem nieudolnych i zdemoralizowanych prezesów spółek skarbu państwa, którzy mają wypłacane gigantyczne pensje i premie niezależnie od wyników własnej działalności i zysków wypracowywanych przez powierzone im przedsiębiorstwa. W systemie tym nie miałoby też znaczenia kolesiostwo, gdyż powierzenie dzierżawy znajomemu nic by nie zmieniało- osobista odpowiedzialność wynikałaby z ustawy (do tego systemu wystarczyłaby jedna) i umowy dzierżawnej a ewentualne zyski zależałyby od samego zainteresowanego. Podobnie nie miałoby znaczenia czy dzierżawca jest rodowitym Polakiem spod Poznania czy przedstawicielem zagranicznej spółki. Zasoby pozostawałyby w rękach polskiego rządu a należna państwu część zysków zostawałaby tam gdzie trzeba czyli w Polsce. Okradanie skarbu państwa po prostu by się nie opłacało, natomiast w cenie byłaby dbałość o jego zasoby. Taki system umożliwiałby nie tylko obniżenie podatków ale i prawdziwe uniezależnienie skarbu państwa. Zapobiegałby również długowi publicznemu (bo chyba nie doczekamy się ustawy, która wreszcie zabraniałaby rządowi wydawać więcej pieniędzy niż wpływa z dochodów) i marnotrawstwu a także wyprzedawaniu zasobów państwa polskiego za bezcen, często podejrzanym inwestorom.

 

Trzeba by jeszcze zastrzec jedną rzecz – mianowicie wprowadzić zakaz marnowania substancji – ma to duże znaczenie przy dzierżawie na przykład lasów czy pól uprawnych. Raz – że to powoduje spadek wartości powierzonego majątku, dwa – że ze zubożonej wartości dochód dla skarbu państwa mniejszy, a trzy – że wspomniane lasy czy pola stanowią nie tylko środek produkcji, ale też są też ważnym składnikiem krajobrazu wpływając na inne dziedziny gospodarki, takie jak na przykład branża turystyczna. Ponadto, o czym już wspomnieliśmy na początku, lepiej jeść stale małą łyżką i być sytym, niż raz nażreć się za pomocą kopyści a potem głodnym chodzić. A tak właśnie wygląda obecna wizja prywatyzacji: kopyścią do pełna, przetrawić i... każdy wie, co się dzieje z tym co organizm strawi...

 

Monika Nowak&Aleksander Degrejt