11.06.16, 19:22fot. Flickr

Uważaj! Bioenergoterapia prowadzi do Piekła

Rozmowa z Krzysztofem Zielskim, byłym bioenergoterapeutą

Czym jest bioenergoterapia i dlaczego chrześcijanie nie powinni z niej korzystać?

Bioenergoterapia to jedna z metod naturalnego uzdrawiania. Opiera się na przekazie naturalnej energii. Owa terapia w żaden sposób nie została potwierdzona naukowo. Działania takiej energii nie udowodniono ani nie udokumentowano. Radiestezja i bioenergoterapia nie są w stanie obronić się naukowymi argumentami. Idea takiego leczenia polega bardziej na subiektywnym odczuwaniu i na wierze w pewne rzeczy. Efekty terapii (jeśli w ogóle są) należy wiązać z działaniem złego ducha. Odczułem to także na sobie. Od ponad dziesięciu lat współpracuję z egzorcystami i osobami, które uczestniczą przy modlitwach o uwolnienie. Z ich doświadczeń wynika to samo. Pod przykrywką dobrej energii, która uzdrawia, zawsze kryje się działanie złego ducha. Nie znam ani jednego przypadku, który nie byłby kierowany tą złą siłą. Mechanizm zawsze jest taki sam. Chory człowiek, który nie może liczyć na medycynę konwencjonalną, zaczyna szukać ratunku wszędzie, gdzie tylko się da. Z pełnym zaufaniem oddaje się w ręce osoby, która posługuje się energiami, a potem się od niej uzależnia. Bioenergoterapeuta uzdrawia mu np. wątrobę, ale choremu zaczynają szwankować oczy. Kiedy zostaną uleczone, choroba atakuje np. stawy. Chory ciągle wierzy terapeucie, bo nie widzi, że kolejne schorzenia mają związek z bioenergoterapią. Tak zaczyna się błędne koło. Osoba korzystająca z leczenia energią po pewnym czasie może mieć problemy ze sferą sacrum. Odchodzenie od wiary katolickiej zazwyczaj przebiega stopniowo. Bóg z czasem okazuje się być dla takiego człowieka niepotrzebny. Jego miejsce zajmuje bioenergoterapia. Osoba korzystająca z terapii coraz bardziej zaczyna interesować się metodami niekonwencjonalnego leczenia. Czuje się samowystarczalna, wpada w samozadowolenie. Niestety, bywa też odwrotnie i zaczyna zmagać się np. z depresją. Jest przekonana, iż jej życie jest nic nie warte i że może je sobie odebrać.

Dlaczego wykształceni, inteligentni ludzie szukają dziś pomocy u wróżek, uzdrowicieli i jasnowidzów?

Wielu ludzi jednocześnie nazywa chrześcijaństwo ciemnogrodem i biegnie do wróżek, czarowników czy innych przepowiadaczy przyszłości. Współczesny człowiek czuje się zagubiony w obecnym świecie i w tym, co go otacza. Jesteśmy zalewani natłokiem różnych propozycji, nierzadko związanych ze sferą New Age. Dziś kłamstwo powtarzane wiele razy, staje się prawdą. O wizycie u wróżki czy uzdrowiciela mówi się, że „to przecież nic takiego”, że nic się nie stanie, jeśli skorzystamy z ich usług. Kontakt z osobami zajmującymi się czarami i okultyzmem porównałbym do przebywania z osobą zakażoną jakąś chorobą. Jeden zarazi się szybciej, drugi wolniej, trzeci wcale. Dużo zależy też od naszego stanu duchowego, od tego, czy żyjemy w stanie łaski, czy jesteśmy blisko Boga. Jedni są bardziej podatni, inni mniej. Mimo wszystko korzystanie z usług wróżek i uzdrowicieli to dopuszczenie zła do swojego życia i otwieranie furtek, przez które ono wchodzi.

Należy Pan do diakonii modlitwy wstawienniczej. Z jakimi problemami najczęściej borykają się ludzie, którzy uczestniczą w modlitwach o uzdrowienie?

Wielkim problemem są dziś depresja, stany lękowe i brak miłości. Ludzie zmagają się także z uzależnieniem od alkoholu i nikotyny, z kłopotami natury emocjonalnej oraz psychicznej. Wiele osób szuka uzdrowienia z różnych chorób, szczególnie z nowotworów; skarżą się, że otrzymali taką diagnozę i nie wiedzą, co mają dalej robić. Jeśli trafiają do bioenergoterapeutów, ci zalecają rezygnację z leczenia metodami konwencjonalnymi. Wiemy, jak to się zazwyczaj kończy. W przypadku modlitwy wstawienniczej zawsze uzdrawia Pan Bóg. W takim momencie Duch Święty działa jak chce. Nasza ingerencja polega tylko na tym, że modlimy się i prosimy Boga o Jego działanie. Nie zawsze dochodzi do fizycznego uzdrowienia; na ogół dzieje się tak, że osoba, nad którą się modlimy zostaje uleczona duchowo i jest w stanie przyjąć chorobę, odnajduje też sens w tym, co ją spotkało.

Dziękuję za rozmowę.

Not. AWAW
Echo Katolickie 3/2015