Stała się Pani swoistą rzeczniczką rodzin tych, którzy zginęli pod Smoleńskiem. W rozmowie z nami zapowiedziała Pani, że zamierza wystąpić do prokuratury o status pokrzywdzonej. Razem z innymi rodzinami stara się też Pani o ustanowienie pełnomocnika. Skąd takie kroki?

W obu przypadkach zamierzamy skorzystać z możliwości jakie mamy. Na pełnomocnika decydują się strony w procesach prowadzonych na znacznie mniejszą skale niż ten, z którym my mamy do czynienia. Jako córka mam prawo wiedzieć, w jaki sposób zginął mój ojciec. I z tego uprawnienia skorzystam.

W jaki sposób?

Zamierzam złożyć wniosek w prokuraturze o przyznanie mi statusu pokrzywdzonej. Daje to możliwość wglądu w akta śledztwa i brania udziału w przesłuchaniach. Bo jak na razie całą wiedzę posiadamy z mediów. Ponadto dostaję sygnały, że rodziny ofiar są zaniepokojone stopniem dezinformacji prowadzonej już od dnia katastrofy. Fałszem okazują się informacje, które od początku przyjmowano za pewnik. Łącznie z godziną katastrofy… Jesteśmy też zdumieni tym, że Polska nawet nie podjęła próby przejęcia dochodzenia nad okolicznościami katastrofy prezydenckiego samolotu.

A co Pani myśli o wizycie w Moskwie i procedurach związanych z identyfikacją ojca? Teraz, po upływie dobrych kilku dni i już po pogrzebie ojca.

Gdy te procedury się toczyły i stopniowo działy się kolejne wydarzenia, to narastała we mnie złość. Przesłuchanie w Moskwie trwało około 6 godzin. Z czego przez około dwie godziny trwało pobieranie moich danych. Rosyjski prokurator wypełniał formularz trzykrotnie. Najpierw przeszkodziło moje drugie imię, którego nie używam (urzędnik dokładnie o to pytał i precyzyjnie odpowiedziałam. Potem okazało się, że długopis ma niewłaściwy kolor.

I padło pytanie „na ile Pani to wycenia?”

Tak. To pytanie ogromnie mnie wzburzyło. W pewnym momencie odmówiłam udziału w dalszych czynnościach. A Rosjanka przedstawiająca się jako psycholog próbowała mi tłumaczyć, że jestem w szoku i dlatego nic nie rozumiem. Proponowała mi również środki uspokajające. Oprócz pytania o „wycenę” śledczy zadawali pytania w rodzaju: „po co on tu przyjechał”, „z kim on tu przyjechał” czy „kto z nim przyjechał”.

Małgorzata Wassermann.

Wszystkich członków rodzin ofiar przesłuchiwano w taki sposób?

Nie słyszałam żeby ktoś skarżył się na sposób przesłuchania. Z relacji tych, z którymi rozmawiałam wynika że, były to rozmowy mające doprowadzić do identyfikacji zmarłego. I najczęściej taką czynnością kończyły się te przesłuchania. A moje przesłuchanie odbywało się w momencie, gdy ciało ojca zostało już zidentyfikowane. W drodze powrotnej dziwiłam się wspominając to przesłuchanie i mówiłam o nieprofesjonalnym działaniu i brakach w wyszkoleniu rosyjskich służb. Do myślenia dały mi jednak słowa wracającej z nami pani psycholog. Na te moje spostrzeżenia odpowiedziała: „ przeciwnie, służby działają bardzo profesjonalnie”.

Jak zakończyło się przesłuchanie?

Usłyszałam słowa, żebym podpisała oświadczenie, że mogą spalić rzeczy ojca. Zadzwoniłam do mamy, ona chciała je odzyskać. Wtedy rosyjska tłumacz stwierdziła, że są to strzępy ubrania pobrudzone krwią, benzyną i błotem i właściwie nic z nich nie zostało. Ostatecznie zgodziłam się więc na ich spalenie i podpisałam dokumenty. A czas na refleksje przyszedł później.

I co po tej refleksji?

W wyniku refleksji pojawiły się pytania. Jeżeli ubranie było kompletnie zniszczone, to gdzie był telefon i dlaczego ocalał? A komórka ojca działała. Skąd Rosjanie wiedzieli, że był to telefon ojca? W rzeczach ojca rozpoznałam też niemal niezniszczone blankiety lotnicze i  różaniec. Dlaczego zachowały się te rzeczy, a ubranie zostało całkowicie zniszczone? Ale nie wiem, czy ktoś odpowie na te pytania.

Ale są chyba w Polsce osoby, które mogą odpowiedzieć na pytanie, dlaczego o śmierci ojca dowiedziała się Pani z mediów. Proszę opowiedzieć o sobotnim poranku 10 kwietnia.

O tragedii dowiedziałam się z radia, potem dopiero zobaczyłam w telewizji numer infolinii, na który mogą telefonować rodziny. Gdy zadzwoniłam tam 10 kwietnia około godz. 13:00 dowiedziałam się tylko, że ojciec wsiadł na pokład. Tyle.

Za jakiś czas zadzwoniłam znowu, bo zobaczyłam na pasku w telewizji, że organizowany jest wyjazd rodzin do Moskwy. Na infolinii natomiast usłyszałam, że to „medialna plotka”. Ale to i tak nie koniec.

Wspomniała Pani o dezinformacji zaraz po katastrofie...

A najlepiej ilustrują ją perturbacje z naszym wyjazdem do Moskwy. W niedzielny poranek z telewizji dowiedziałam się, że w stolicy gromadzą się rodziny, które mają lecieć do Moskwy. Zadzwoniłam na infolinię. Umówiliśmy się, że my dojedziemy. Ale około południa poinformowano nas, że ojciec został na sto procent zidentyfikowany. Kolejne telefony z tą informacją otrzymaliśmy z MSZ oraz infolinii. A potem szybko załatwiano nam wizy, bo media podały, że identyfikacji dokonał Jarosław Kaczyński. Ale gdy osobiście pytałam jego współpracowników i oni to sprawdzili, okazało się, że to nieprawda. I musieliśmy szybko lecieć.

Jednak w efekcie, po 6 godzinnym przesłuchaniu dostała Pani dokument potwierdzający śmierć ojca?

Tak. Powiedziano nam, że to karta zgonu. MSZ przetłumaczył coś po polsku. Gdy podpisywałam dokument tłumacz przeczytał: "oświadczam, że rozpoznałam ojca". Ale gdy przyjrzałam się oświadczeniu, to nawet ze słabą znajomością języka rosyjskiego domyśliłam się, że niekoniecznie oficjalne tłumaczenia muszą być dokładne.

Rozmawiał Mariusz Majewski

/

Podobał Ci się artykuł? Wesprzyj Frondę »