Kilka dni temu cała Polska żyła tragedią w Pucku. Zastępczy rodzice, Anna i Wiesław zakatowali na śmierć dwójkę z piątki swoich przysposobionych dzieci. Historia brutalnie pobitego rodzeństwa jest tym bardziej wstrząsająca, że na światło dzienne wyszedł szereg zaniedbań i rażących niekopetencji od pracowników ośrodka pomocy, przez psychologów aż po kuratorów i sędziów Sądów Rodzinnych, którzy podejmują decyzję o tym, którzy rodzice nie nadają się, by wychowywać swoje dzieci.

 

Oczywiście, nie neguję istnienia instytucji rodzin zastępczych czy kuratorów w ogóle. Decyzje o odebraniu dziecka rodzicom nie zawsze muszą być przedmiotem krytyki. Patologia w polskich rodzinach to temat rzeka, a nie wszystkie jej przejawy są tak spektakularne jak sprawa Madzi z Sosnowca czy Szymona z Będzina, by swoje cenne łamy poświęcał im „Fakt” i „Super Express”. Wiele takich tragedii dzieje się w zaciszu domów, którzych sąsiędzi mówią później „Zawsze był przykładnym ojcem” czy „Nigdy byśmy nie pomyśleli, że tam się dzieje taki dramat”.

 

W wielu przypadkach decyzja o odebraniu biologicznym rodzicom dziecka jest jedyną szansą tego dziecka na przeżycie i dorastanie w normalnych warunkach. Ale tak samo często pochopnie podjęta decyzja przez osoby niekompetentne, albo takie, które niewystarczająco zapoznały się z sytuacją, może być jak na wyrok na tego, komu chciało się pomóc – bezbronnemu dziecku. Tak właśnie było w przypadku dwójki zakatowanych dzieci z Pucka. Sąd Rodzinny w Wejherowie zdecydował na wniosek kuratora, by Hannie i Danielowi odebrać piątkę ich dzieci. Rodzeństwo trafia do małżeństwa Anny i Wiesława. Cała piątka, chociaż zgodnie z ustawą o pieczy zastępczej do rodziny zawodowej (a taką było małżeństwo z Pucka) może trafić tylko trójka. Osoby, które przysposabiają większą liczbę dzieci muszą założyć dom dziecka, a to jest znacznie trudniejsze. Nie wystarczy na to trzymiesięczny kurs, który (nie wiedzieć czemu, zamiast 7-miesięcznego) przeszła Anna i Wiesław.

 

Wszyscy doskonale wiemy, jak zakończyła się historia dwójki przysposobionych maluchów... Po tragedii w Pucku trójka rodzeństwa, której udało się przeżyć pod opieką Anny i Wiesława... wróciła do swoich biologicznych rodziców do Wejherowa. Jakoś kurator ani Sąd Rodzinny nie oponował już, że małżeństwo, któremu odebrano piątkę dzieci nie nadaje się, by zająć się pozostałą trójką. O ironio, biologiczne dzieci Anny i Wiesława, małżeństwa, o którym urzędnicy uznali, że jest zdolne do zastąpienia dzieciom z rodzin patologicznych rodziców, trafiły do rodziny zastępczej.

 

Ile jeszcze musi nastąpić takich tragicznych „pomyłek”, aby urzędnicy, którzy orzekają, i trzeba to w tej sytuacji wyraźnie podkreślić, o życiu i śmierci jakiegoś dziecka zaczęli odpowiedzialnie decydować? Albo przynajmniej nie łamali obowiązujących przepisów, jak to miało miejsce w przypadku małżeństwa z Pucka? Nie mam wątpliwości co do tego, że tej tragedii naprawdę można było uniknąć.

 

Tak, jak wielu innych. Dziennik „Fakt” słusznie przypomina z tej okazji historię, którą Polska żyła trzy lata temu. Chwilę po urodzeniu małżeństwu Szwaków urzędnicy odebrali najmłodszą córeczkę, bo w ich mieszkaniu było brudno, a w gospodarstwie panował nieporządek. Mała Różyczka trafiła do rodziny zastępczej.

 

Na szczęście sprawie towarzyszyło ogromne zainteresowanie mediów (Wioletta Szwak została bez swojej wiedzy poddana w szpitalu zabiegowi sterylizacji, gdyż lekarze uznali, że ma już za dużo dzieci) i dziecko z powrotem trafiło do biologicznych rodziców. Dziś państwo Szwakowie z troską patrzą na trzyletnią Różyczkę i dziękują Panu Bogu za to, że nikt nie odebrał im córeczki. - Jak tylko zobaczyłam tę tragedię w telewizji, padłam na kolana i podziękowałam Bogu, że Różyczka jest z nami. Że bezpiecznie śpi w pokoju obok i nic jej nie grozi – mówi w rozmowie z „Faktem” Wioletta Szwak.



Dziś jej córka ma się świetnie. Rośnie jak na drożdżach, co widać na zamieszczonych w dzienniku zdjęciach. – Mamy z niej mnóstwo radości, bo to taki przytulas. Pięciu minut nie wytrzyma bez buziaka, więc obcałowujemy ją i przytulamy bez ustanku – dodaje pan Władysław Szwak, który nie kryje emocji na wspomnienie dramatu sprzed trzech lat: „Mówiłem im, że jak zabiorą mi Różyczkę, to ich wszystkich pozabijam. Nie dlatego, że jestem złym człowiekiem, ale dlatego, że jako kochający ojciec, nie potrafię wyobrazić sobie świata bez ukochanego dziecka”.

 

Czasem zdarza się, że dziecko jest dużo szczęśliwsze w rodzinie, która mieszka w niezbyt czystym mieszkaniu i ma nieuporządkowane gospodarstwo, niż z małżeństwem, które dostaje na nie 2,5 tys. złotych, ale kompletnie nie potrafi zaspokoić jego podstawowych potrzeb, bezpieczeństwa i miłości.

 

Marta Brzezińska