Przy granicy stacjonuje już ok. 45 tys. rosyjskich żołnierzy.

Jeśli doniesienia się potwierdzą, jest to już więcej wojska niż w marcu, gdy Kreml próbował wywrzeć presję na tymczasowy gabinet Arsenija Jaceniuka, aby ten zgodził się na przekształcenie kraju w federację republik i oddanie wschodnich rubieży pod wpływy Rosji. Tymczasem Kijów wybrał militarną konfrontacje z separatystami. Teraz, gdy rebelianci są w defensywie, pomóc może już tylko rosyjskie wojsko. Czy w ciągu najbliższych godzin zobaczymy jak rosyjska armia wdziera się na Ukrainę pod pozorem „misji humanitarnej” i niesienia pomocy rosyjskojęzycznej ludności Ukrainy?

Walka o Donieck

Sytuacja się zaognia. Separatyści nie zgodzili się na masową ewakuację cywilów z oblężonego Doniecka. Zresztą wielu mieszkańców chciało zostać i od kilku dni zaopatrywali się w miejscowych sklepach, aby dostać artykuły pierwszej potrzeby. Według różnych źródeł w mieście może pozostawać nawet pół miliona mieszkańców, czyli połowa z tej liczącej ponad milion ludzi metropolii. Ewakuację z miasta utrudniają także wysadzone przez separatystów mosty.

Eksperci oceniają, że odbicie Doniecka może być kluczowe ze względów strategicznych. Dla Kijowa byłby to ogromny sukces, choć rebelianci zachowują duże szanse w walkach w zabudowie miejskiej. Od wielu dni separatyści wprost nawołują Kreml do interwencji, zdając sobie sprawę, że ewentualna porażka może oznaczać ich całkowity odwrót.

Kijowowi udało się już odbić 2/3 terytorium zajętego przez separatystów. Z dowódczego sztabu słychać coraz więcej optymizmu, co dla Władimira Putina musi być trudnym do zniesienia policzkiem. Putin, który zyskał w oczach Rosjan po praktycznie bezkrwawej aneksji Kremla, waha się co robić dalej. Z jednej strony nie chciałby zaprzepaścić swoich dotychczasowych starań, z drugiej zaś, ostrożnie stopniuje napięcie.

Czy Rosja uderzy?

Według amerykańskiego wywiadu, tuż przy granicy z Ukrainą może stacjonować już nawet 45 tys. rosyjskich żołnierzy. Nie tylko doborowych batalionów gotowych do natychmiastowego ataku na każdy rozkaz, ale także kilkanaście wyrzutni typu ziemia-powietrze, ciężka artyleria, czołgi, myśliwce i bombowce. Część wyposażenia ma już emblematy „misji humanitarnej”. Jest więc wielce prawdopodobne, że „misjonarze” będą „chronili” ludność rosyjskojęzyczną przeciwko faszystowskiej klice z Kijowa, jak od miesięcy głosi moskiewska propaganda.

Niewykluczone, że Kreml będzie starał się odwrócić uwagę od problemów ekonomicznych kraju. Sankcje, bankructwa biur podróży i potencjalny spadek poziomu życia, mogą sprawić, że poparcie ze strony zwykłych ludzi będą się kurczyć. Niemniej Zachód, a także Polska, wydają się być kompletnie nie przygotowani do takiego scenariusza. Nikt nie zastanawia się np. co zrobić, gdy w przypadku wojny zacznie napływać do nas fala imigrantów z Ukrainy, a być może także z Rosji, gdy władza zacznie mocniej represjonować opozycję.

Ogromna koncentracja wojska przy granicy i aktywne ćwiczenia przeprowadzane w ostatnich dniach mogą oznaczać, że interwencja Rosji staje się coraz bardziej prawdopodobna.

Donieck i co dalej?

Na razie walki toczą się w okolicach Doniecka o opanowanie głównych szlaków transportowych. Obie strony konfliktu jak ognia unikają ostrzeliwania pozycji, gdzie mogą znajdować się cywile. Najnowsze dane mówią, że separatystów może być już 25 tys. Dysponują oni kilkudziesięcioma czołgami i nawet 40 wyrzutniami typu Grad. Świadczy to o tym, że pomoc militarna ze strony Rosjan płynie tam nieprzerwanie.

Ostre walki trwają także w okolicach Gorłówki oraz innych kluczowych pozycji. W nocy, w jednej z dzielnic Doniecka zniszczono transformatory i część mieszkańców została pozbawiona prądu. Zginęło 3 cywilów. Armia ukraińska skupia się natomiast głównie na tym, aby odciąć rebeliantów od dostaw amunicji, broni i wojska z terytorium Rosji. Trwa więc wojna podjazdowa, a szturm na miasto wydaje się być przekładany.

Tomasz Teluk