- Są argumenty mówiące: albo okno życia, albo śmierć. Nie mamy żadnych dowodów na to, że dzieci zostawiane w oknach życia inaczej trafiłyby na śmietnik, albo że ktoś by próbował je zabić. Należy pamiętać o tym, że dzieci, które zostawia się w oknach życia, to są dzieci zadbane, dobrze ubrane, zostawione z karteczkami – tłumaczy „Gazecie Wyborczej” Maria Keller-Hamela z Fundacji Dzieci Niczyje.

 

W jej argumentacji brak jednak świadomości, że śmierć dziecka nie musi oznaczać jego wyrzucenia na śmietnik, ale także jego zamordowanie na wcześniejszym etapie życia, na przykład życia płodowego. Okna życia są ofertą skierowaną do matek, które mogą wybrać czy chcą zabić swoje dziecko (niezależnie czy chcą to zrobić przed czy po narodzinach jest to takie samo zabicie człowieka) czy też ofiarować mu życie, ale zrzec się – bez wstydu i formalności – opieki nad nim.

 

- To, że nie próbujemy identyfikować tych rodzin z problemami, edukować, to jest jakaś niewydolność systemu. Może nie trzeba zamykać okien życia, ale powiedzmy sobie szczerze: nie jest dobrym pomysłem otwieranie nowych okien, raczej powinniśmy wspierać te rodziny, w których jest problem – uzupełnia Keller-Hamela. Kłopot polega na tym, że w większości przypadków problem nie jest w rodzinie, ale poza nią. Większość dzieci, które porzucane są przez matki rodzi się poza związkiem małżeńskim. Jeśli zatem pani Keller-Hamela chce ów problem rozwiązywać, to powinna zaangażować się w promowania czystości przezmałżeńskiej i wierności w małżeństwie. Innych rozwiązań tego problemu nie ma. A jako, że ludzie są grzeszni, to zawsze pojawiać się będą nieślubne czy nieplanowane dzieci, które łatwiej będzie porzucić w oknie życia. Nikt nie twierdzi, że jest to rozwiązanie idealne, ale na razie nie ma lepszego.

 

TPT/Gazeta.pl