- Boję się, że to znów się powtórzy. Modlę się do Boga, by uchronił nas przed kolejną wojną – mówi 50-letnia Marina Dżokhadze. Gruzinka została rok temu wypędzona z południowoosetyńskiej wioski Kemerti. Jest jednym z 30 tysięcy ludzi, którzy mieszkają w obozach dla uchodźców między Gori a Tibilisi.
Pozbawieni środków do życia, mieszkają w naprędce zbudowanych osiedlach. W większości z nich domy są przepełnione i muszą pomieścić nawet osiem rodzin naraz. - Woda jest zbyt brudna do picia, tak więc mężczyźni muszą przynosić wodę z najbliższej wioski – skarży się 53-letnia Neli Peruaszwili, która mieszka w obozie niedaleko Szawszebi.
Dodatkowo uchodźcy nie wiedzą, czy kiedykolwiek będą mogli wrócić do swoich domów w Południowej Osetii. Władze okupowanego przez Rosję regionu dają jasno do zrozumienia, że Gruzini nie są tam mile widziani. Nawet ci spośród prawie siedmiu tysięcy, którym pozwolono wrócić, nie zostają w swoich domach zbyt długo. - Tam nie jest bezpiecznie. Czołgi stoją na ulicach, a jeśli mówisz po gruzińsku, Osetyńcy i Rosjanie są wrodzy wobec ciebie – mówi 24-letnia Irma Basilaszwili.
Rok temu w wyniku wojny rosyjsko-gruzińskiej, terytorium Osetii Południowej znalazło się pod okupacją wojsk rosyjskich. "Niepodległej" Osetii nie uznaje nikt, prócz Rosji, dwóch prorosyjskich zbuntowanych obszarów Gruzji i Mołdawii (Naddniestrza i Abchazji), Autonomii Palestyńskiej i Nikaragui.
sks/Washington Post
Podobał Ci się artykuł? Wesprzyj Frondę »

