Konwencja stambulska nie chroni kobiet, a jedynie ich imitacje - osoby udające kobiety. Ten fakt, oczywisty jak 2+2=4, jest jednak widoczny tylko w angielskim tekście konwencji. W polskim tekście ukryto go poprzez przekłamane tłumaczenie gender (swoista imitacja płci) jako płeć.
Oznacza to że:
1) Sejm ratyfikował ów oszukańczy tekst (polski) i opublikował go wraz z prawdziwym tekstem angielskim w dzienniku ustaw.
2) W ten sposób oba sprzeczne ze sobą teksty stanowią część krajowego porządku prawnego (art. 91.1 Konstytucji).
Każdy z tych dwóch punktów stanowi wystarczający formalny powód, by anulować ratyfikację konwencji nie wnikając w inne (skądinąd skandaliczne) zapisy konwencji. Jest jeszcze powód trzeci: konwencja w ogóle nie chroni kobiet! Brak nagłośnienia tych podstawowych faktów wszelkie działania przeciw konwencji mogą okazać się politycznie kosztowne, a nawet nieskuteczne.
Przypomnijmy, że konwencja stambulska, rzekomo zwalczająca przemoc wobec kobiet została ratyfikowana przez Sejm 6.02.2015 większością głosów PO, SLD, Twojego Ruchu i części PSL, przy sprzeciwie wszystkich posłów PiS (wyniki głosowania TUTAJ). 13.04.2015 podpisał ją Prezydent Bronisław Komorowski.
Przejdźmy do rzeczy. Przemoc wobec kobiet zdefiniowana jest w artykule 3a. konwencji jako wszelkie akty przemocy ze względu na gender (= płeć społeczno kulturową). To jednak tylko tłumaczenie autora (GS), ponieważ w dzienniku ustaw zobaczymy, że są to wszelkie akty przemocy ze względu na płeć. Porównajmy jednak polskie tłumaczenie z angielskim oryginałem.
Oto fotokopie artykułu 3a. w dzienniku ustaw, w którym umieszczono najpierw tekst polski, a potem angielski (podkreślenia GS); źródło tych i dalszych fotokopii: TUTAJ.


Nie trzeba znać angielskiego by dostrzec, że w oryginale chodzi o akty przemocy ze względu na gender, a nie ze względu na płeć (płeć biologiczna to po angielsku sex). Czy to robi różnicę? Art. 3c. mówi wyraźnie czym jest ów gender, czyli tzw. płeć społeczno-kulturowa (punkt c. pokazujemy wraz z nagłówkiem całego artykułu):

to samo mówi angielski tekst konwencji:

Zauważmy, że tym razem gender zostało przetłumaczone prawidłowo - jako płeć społeczno-kulturowa a nie jako płeć (w domyśle: biologiczna). W definicji trudno byłoby coś "przekręcić", bo trzeba byłoby wmawiać, że płeć to "umowne role, zachowania i atrybuty itp.", a nie genotyp i organy płciowe.
Co to jest kobieta?
Co wynika z tych definicji? Wstawmy (jak w matematycznym równaniu) definicję gender do definicji przemocy ze względu na gender. Pokazuje to, że przemocą wobec kobiet są:
...wszelkie akty przemocy ze względu na... społecznie skonstruowane role, zachowania, działania i atrybuty, które dane społeczeństwo uznaje za odpowiednie dla kobiet i mężczyzn.
Widać, że definicja ta nie dotyczy aktów przemocy ze względu na biologiczne cechy kobiet, ale akty przemocy ze względu na społecznie skonstruowane role, zachowania...itd. Nie chodzi więc o przemoc wobec kobiet, ale wobec osób, które tylko odgrywają rolę kobiet swoim zachowaniem i umownymi atrybutami, a ściślej przemoc ze względu na owe zachowania, odgrywane role i umowne kobiece atrybuty. Zgodnie z tą definicją, przemoc ze względu na płeć w ogóle nie wchodzi w obszar zainteresowań konwencji!
Nie zmienia tego fakt, że definicja ta mówi, że chodzi o formę dyskryminacji kobiet, bo w konwencji kobieta jest również inaczej zdefiniowania, choć nie jest to powiedziane wprost. W artykule 3. (z definicjami) nie ma takiej definicji. Pewnie dlatego, że zdefiniowanie "na bezczela" kobiety bez uwzględniania cech genetycznych i organów płciowych byłoby zbyt grubymi nićmi szyte (byłaby to czysta teoria/ideologia queer).
Jednak artykuł 6 mówi, że w toku wdrażania konwencji strony zobowiązują się uwzględniać perspektywę gender. Tu znowu mamy błędne tłumaczenie, które ukrywa ten istotny fakt. Polski test mówi, że strony zobowiązują się uwzględniać perspektywę płci (biologicznej). To oszustwo, bo mają uwzględniać perspektywę gender. Oto polska i angielska wersja artykułu 6. (podkreślenie GS):

W odniesieniu do pojęcia kobieta perspektywa gender oznacza definiowanie jej przez społecznie skonstruowane role... i atrybuty, a nie przez genotyp i organy płciowe. Według konwencji kobietą jest osoba zachowująca się i posiadająca społecznie skonstruowane atrybuty uznawane za kobiece, a nie osoba posiadająca właściwe kobietom cechy biologiczne.
Taka definicja nie dziwi, ponieważ rzekomo dotycząca kobiet konwencja w ogóle płcią się nie zajmuje. O płci mówi tylko raz, stwierdzając, że nie wolno dyskryminować (uwaga!) ze względu na płeć i gender. Popatrzmy:


To jedyne miejsce gdzie w konwencji jest mowa o płci (ang. sex). Poza tym jednym miejscem konwencja mówi wyłącznie o gender. Zauważmy, że w tym właśnie miejscu tłumacz również przetłumaczył gender prawidłowo (jak w definicji w art. 3c.), jako płeć społeczno-kulturową.
Oszukiwanie, że to płeć byłoby zbyt widoczne, bo z angielskiego sex, gender wyszłoby polskie płeć, płeć. Poza tymi dwoma miejscami, gdzie nie dało się oszukiwać, tłumacz w 21 miejscach "nie wiedział", że gender to płeć społeczno kulturowa i tłumaczył ów gender jako zwykłą płeć. W ten sposób ukrywał fakt, że w konwencji płeć w ogóle się nie liczy, i że wszystkie jej pojęcia są definiowane poprzez gender, co ma wielorakie i niebezpieczne konsekwencje, niewidoczne jednak w fałszywie przetłumaczonym polskim tekście.
Czy konwencja stambulska rzeczywiście chroni kobiety?
Z powyższego wynika jednoznacznie, że
to, co w konwencji nazywa się przemocą wobec kobiet wcale nie dotyczy kobiet tj. osób posiadających zespół biologicznych cech kobiety. Dotyczy jedynie osób które wyposażywszy się w umowne kobiece atrybuty odgrywają kobiece role, jak drag queens z klubów dla elgiebetyków. Przemoc na kobiecie ze względu na jej cechy biologiczne (np. gwałt) nie mieści się w tej definicji! SIC!!!
Ktoś może mieć wątpliwość, że przecież biologiczne kobiety są "ubrane" w gender (płeć społeczno-kulturową), czyli strój, uczesanie, makijaż itp. zewnętrzne kobiece atrybuty, które kuszą sprawcę, więc jego przemoc jest jednak motywowana genderem (owymi atrybutami), a nie płcią. To nonsens wynikający z oszustwa, którym jest gender, na które dał się nabrać również napastnik.
Jednak oszustwo to ma krótkie nogi, ponieważ ów skuszony zewnętrznymi kobiecymi atrybutami potencjalny gwałciciel odwróci się z odrazą jeśli pod tym ubraniem zobaczy męskie organy płciowe. Nie dojdzie do żadnego gwałtu, o ile napastnik jest heteroseksualistą, czyli zwyczajną męską, "szowinistyczną" i do tego (o zgrozo!) "homofobiczną" "świnią" (wzgardził męskimi organami!).
Jeśli jednak nie zrażą go męskie organy, to czy będzie to oznaczało, że dokonał gwałtu na kobiecie? Według konwencji - tak. Dla racjonalnie myślącego człowieka - oczywiście nie. Pokazuje to do jakich absurdów prowadzi konwencja. Te absurdy to jednak świadomy zamysł marksistowskiej ideologii genderyzmu: Judith Butler w "biblii genderyzmu", Gender Trouble (Uwikłani w płeć) szukała sposobu w jaki sposób wprowadzić zamieszanie w kategoriach kulturowej płci. Konwencja, jako dokument marksistowski i genderystowski, realizuje właśnie ten cel.
Manipulowanie pojęciem gender to główny sposób robienia tego zamieszania. Promotorzy gender raz twierdzą, że to coś innego niż płeć, kiedy indziej zaś zastępują nim płeć, jakby była tym samym; przykładem tego jest konwencja i fałszywe tłumaczenie pojęcia gender. Dla jasności: płeć, nierozerwalnie związana z rozmnażaniem płciowym, jest zespołem cech biologicznych dzielącym osobniki danego gatunku na męskie i żeńskie odgrywające uzupełniające role w procesie rozrodu. Płeć jest więc czymś zupełnie innym niż gender, który jest co najwyżej jej kulturowym "opakowaniem", jak pudło od telewizora. Mylenie telewizora z tym pudłem to absurd. Na tym absurdzie opiera się genderyzm i konwencja stambulska, zaszczepiająca je w polskim systemie prawnym. Nie wolno do tego dopuścić.
Przykład niedoszłego gwałciciela pokazuje jednoznacznie, że gwałt mężczyzny na kobiecie to przemoc motywowana płcią (prawdziwą, biologiczną), a taką przemocą konwencja (rzekomo chroniąca kobiety) w ogóle się nie zajmuje!!! Konwencja w ogóle nie służy ochronie kobiet, które zgwałcono lub w inny sposób skrzywdzono, bo miały biologiczne cechy kobiety! Chroni natomiast transseksualistę (np. drag queen) który wyposażył się w stosowne "społecznie skonstruowane" kobiece atrybuty (perukę, sukienkę i szminkę) i odgrywał kobiecą rolę.
Z ochrony przed gwałtem, odrażającą zbrodnią na kobiecie, konwencja robi karykaturę.
Tak zawsze jest z marksizmem. Rzekomo bronił interesów robotników. Faktycznie ta obrona była dla ideologicznej kasty marksistów pretekstem do zdobycia nieograniczonej totalitarnej władzy. Ta marksistowska władza w razie potrzeby (albo i bez) mordowała i pakowała do gułagu (obozów laogai lub innych) "chronionych" przez siebie robotników tak jak wszystkich innych swoich poddanych. Tam, gdzie zamiast marksistowskiej rewolucji godzono interesy obu stron, potępiani przez marksizm kapitaliści lepiej dbali o robotników niż ich zbrodniczy marksistowscy "adwokaci".
Nigdy nie dość przypominania, że marksizm był i pozostał najbardziej zbrodniczą ideologią w dziejach ludzkości, i że był też ideologią najbardziej zakłamaną. Dzięki temu zakłamaniu otumaniał rzesze ludzkich umysłów (także tych uważanych za najbardziej wyrafinowane) do tego stopnia, że mordowane przez marksizm ofiary nadal w niego wierzyły. To się nie zmieniło, choć trzeba uważnie patrzeć, by to dostrzec. Hitleryzm to skompromitowany margines, a marksizm kwitnie dzięki swojemu zakłamaniu i przebiegłości. Dlatego wszechobecni marksiści są znacznie bardziej niebezpieczni niż stanowiący margines hitlerowcy.
Kiedy marksiści zabierają się za "obronę" kogokolwiek lub czegokolwiek, wszyscy pozostali muszą się mieć na baczności. Konwencja jest tego aktualnym, nie historycznym przykładem.
Oszustwo na oszustwie
Jednak wszystkie te niebezpieczne absurdy, a także inne, jeszcze groźniejsze zapisy konwencji (niestety są takie!) zostały ukryte przez fałszerstwo w jej tłumaczeniu. Ratyfikując konwencję Sejm procedował oszustwo. To wystarczający powód by anulować ratyfikację, niczym oszukańczą transakcję z porzekadła o sprzedaniu jakiemuś naiwniakowi Pałacu Kultury (nb. im. marksisty Józefa Stalina).
Oszukańczy tekst polski znalazł się w dzienniku ustaw razem z oryginalnym tekstem angielskim (skądinąd skandalicznym). Dlatego drugim powodem do anulowania ratyfikacji jest to, że dwa sprzeczne ze sobą dokumenty (angielski i polski) stanowią część krajowego porządku prawnego, bo tak mówi art. 91.1. Konstytucji (patrz TUTAJ). Dla jasności - fotokopia:

Od pięciu lat trwa ten stan schizofrenii, czyli permanentnej kompromitacji takiego prawnego(?) "porządku". Bez likwidacji tej schizofrenii trudno wymagać jakiegokolwiek szacunku dla tego "porządku".
Usunięcie tego oszustwa i tej schizofrenii jest więc palącym zadaniem albo dla parlamentu, albo dla Trybunału Konstytucyjnego. Posłowie w porozumieniu z prawnikami niech zadecydują jaką drogę wybrać, ale niech wreszcie coś z tym łajnem zrobią.
Jawne, udokumentowane oszustwo i sprzeczność bezwzględnie wymaga usunięcia, to zaś ucina inne wątki dyskusji o konwencji jako bezprzedmiotowe. Jest to więc oczywista podstawa i najprostsza droga do anulowania ratyfikacji lub innej formy unieważnienia (jak się zwał, tak się zwał) konwencji. Inna sprawa, że wypowiedzeniu konwencji, rzekomo służącej szlachetnym celom, powinna towarzyszyć odpowiednio przygotowana kampania informacyjna, która byłaby cenna i pożyteczna sama w sobie, a której najwyraźniej nie przygotowano (ale można to jeszcze zrobić).
Dlatego uważam, że
bez publicznego pokazania, nagłośnienia i "wywieszenia na sztandarach" przedstawionych wyżej faktów, wszelkie zapowiedzi, ponaglania itp., działania wokół wypowiedzenia konwencji mogą przynieść większe szkody polityczne niż to jest konieczne. (Oby nie skończyły się na działaniach pozornych, "gonieniu króliczka" bez jego złapania, zwłaszcza wobec bardzo silnego oporu, który oczywiście już się pojawił.) Wskazanie fundamentalnych przekłamań i oszustw w ratyfikacji pozwala najkrótszą drogą, szybko i zdecydowanie załatwić sprawę bez wpuszczania się w spory o ideologię (nie przeczę, że ważne) oraz zbijanie odrażających insynuacji o zachętę do bicia kobiet.
Powyższe uwagi adresuję zarówno do rządzących, jak i do społecznych inicjatyw wzywających do wypowiedzenia konwencji stambulskiej (w jednej z nich sam uczestniczę).
P.S. 1.
To co wyżej napisano o najprostszej drodze do anulowania konwencji stambulskiej nie zmienia faktu, że jest ona niezwykle niebezpieczna z innych zasadniczych powodów. Krótko zasygnalizuję kilka z nich.
Jak pokazano wyżej, konwencja wprowadza pojęcie gender do polskiego prawa, w swojej treści zastępując nim i praktycznie rugując pojęcie płci. Oznacza to, że do polskiego systemu prawnego wprowadzono antropologię opartą na pseudonaukowej tzw. teorii queer, według której płeć to nie zespół cech biologicznych, ale pojęcie ze sfery psychicznej i społecznej. Imitujący płeć gender, swoista niby-płeć, ma prawdziwą, czyli biologiczną płeć zastąpić. Tę niby-płeć można dowolnie deklarować, manifestować i zmieniać, jednak to właśnie on ma być prawnie traktowany jako "prawdziwa" płeć. Ma to bardzo wiele poważnych konsekwencji, kierujących naszą cywilizację w niebezpiecznym kierunku.
Wobec ogłoszenia (ujawnienia się?) znacznej liczby genderów (na razie 71, ale sprawa jest otwarta) przytaczane wyżej równouprawnienie ze względu na gender (art. 4.3.) prowadzi do karykatury, wyszydzenia i wreszcie obalenia instytucji małżeństwa jako instytucji "wykluczającej". Droga jest prosta: każda para (albo więcej) genderów może uważać się za dyskryminowaną przez fakt, że małżeństwo łączy wyłącznie dwa uprzywilejowane gendery: kobietę i mężczyznę. Zobowiązuje to do otwarcia instytucji małżeństwa na związki niezliczonych kombinacji genderów, którym oczywiście przysługiwać będzie "prawo do dzieci" (bo polityka "równości" nie uznaje prawa dzieci do matki i ojca). Na kolejnym etapie absurd takich "małżeństw" ma doprowadzić do likwidacji tej instytucji, oczywiście bez odebrania prawa do adopcji. Aktywiści LGBTQ już zapowiadają taką strategię.
Art.12. konwencji zobowiązuje kraje-sygnatariuszy do wykorzenienia praktyk, zwyczajów i tradycji opartych na stereotypowych rolach kobiet i mężczyzn. Niejasne i niezdefiniowane pojęcie stereotypowości ma być podstawą do wszechstronnej kulturowej eksterminacji jakby stereotypowość była zbrodnią. Np. rola mężczyzny-ojca i kobiety-matki w małżeństwie jest wybitnie stereotypowa, podlegać więc powinna wykorzenieniu w odróżnieniu od zasługujących na promocję ról różnych genderów w wieloosobowej poliamorycznej "rodzinie" queer.
Narzędzia wykorzenienia niestereotypowych i promocji stereotypowych ról genderowych wskazuje art. 14., który nakazuje wprowadzenie do programów nauczania na wszystkich etapach edukacji (...) treści dotyczących [...] niestereotypowych ról genderowych (oczywiście w dzienniku ustaw jest tu błędne tłumaczenie). Nakłada to na szkoły obowiązek nauki m.in. niestereotypowego seksu LGBTQ ze wszystkim wariantami (sado-maso, kinky, kazirodcze, pedo- i zoofilski), jak to już się dzieje w szkołach na Zachodzie, albo w tych do których zawitają edukatorzy seksualni lub "antydyskryminacyjni". Zapowiedziane przez konwencję kontrolne ciało GREVIO, z równowagą wszystkich (tzn. ilu?) genderów, ma niczym parada dumy elgiebetyków nawiedzać Polskę i sprawdzać, czy wypełniliśmy zalecane wytyczne.
To niektóre z działań, do których zobowiązuje konwencja i które każdy rząd może natychmiast rozpocząć, mając "podkładkę" w postaci tego dokumentu.
P.S 2.
Apeluję do wszystkich ludzi dobrej woli o normalnych poglądach na płeć i ludzką seksualność (tzn. nie skrzywionych wiarą w rzekomą równość wszystkich orientacji i zachowań seksualnych) o zawieszenie swojej niechęci do PiS i poparcie anulowania ratyfikacji konwencji stambulskiej, przez wzgląd na własne dzieci, wnuki i całą naszą cywilizację. Przypominam, że najostrzej krytykowany przeze mnie za inne sprawy Andrzej Zoll powiedział kilka lat temu, że konwencja antyprzemocowa to zamach na naszą cywilizację (TUTAJ). Jeśli nie moje argumenty, to może on Was przekona.
P.S. 3.
Trzeba logiczno-politycznego bandytyzmu, żeby twierdzić, że krytyka legislacyjnego rozwiązania, za to, że źle, albo wcale nie chroni kobiet (jak konwencja stambulska), oznacza zgodę, a nawet zachętę do przemocy wobec kobiet.
Trudno się dziwić, jeśli takie zarzuty stawiają marksiści. Po nich można się spodziewać absolutnie każdego, najgorszego łajdactwa. To przecież marksiści. Nie-marksistów wzywałbym jednak do opamiętania.
Suplement.
Przypadki występowania słowa gender i jego przekłamanego tłumaczenia w polskim tekście umieszczonym w Dzienniku Ustaw z 8 lipca 2015, Poz. 961:
1) gender equality standards and mechanisms - standardy i mechanizmy dotyczące równości kobiet i mężczyzn; preambuła, 3-ci akapit tekstu (zaczynający się od słów: przywołując następujące zalecenia...):
2) gender-based violence - przemoc ze względu na płeć (w 10-tym akapicie, zaczynającym się od słów: uznając strukturalny charakter...):
tłumaczenia gender-based violence jako przemoc ze względu na płeć powtarzają się:
3) w 12-tym akapicie preambuły (zaczynającym się od słów: zwracając uwagę...)
4) w 13 akapicie preambuły (zaczynającym się od słów: uznając, że kobiety...)
5) w art.2.2.
6) w art. 3.a.
7) w 3.d.
8) w art. 4.4.
9) w art. 14.1.
oto dalsze przypadki występowania i przekłamanego tłumaczenia słowa gender w innych zwrotach:
10) gender identity - tożsamość płciowa; art.4.3.
11) gender-sensitive policies - polityka uwzględniająca kwestie płci; art. 6.
12) gender perspective - perspektywa płci; również art. 6.
13) gendered understanding of violence against women and domestic violence - uwzględnienie aspektu płci w pojmowaniu przemocy wobec kobiet oraz przemocy domowej; art. 18.3.
14) gender-based asylum claims - wnioski o azyl uwarunkowane płcią; art. 60 (tytuł)
15) gender sensitive interpretation - aspekt płci; art.60.2.
16) gender-sensitive reception procedures - procedury przyjmowania... uwzględniające aspekt płci; art.60.3.
17) gender guidelines - wytyczne dotyczące uwzględniania aspektu płci; również art.60.3.
18) gender-sensitive asylum procedures - procedury udzielania statusu uchodźcy uwzględniające aspekt płci; również art.60.3.
19) gender and geographical balance - równy udział kobiet i mężczyzn i równowaga geograficzna; art. 66.2 (Uwaga: w tłumaczeniu rządowym sprzed ratyfikacji było: równowaga płci społeczno-kulturowej, ale to tłumaczenie, zdradzające prawdziwy sens oryginalnego zapisu zostało na użytek ratyfikacji zmienione na przekłamane )
20) gender equality - równość kobiet i mężczyzn; art 66.4.a.
21) Kolejne mylące, ale w inny sposób tłumaczenie występuje w art. 14.1.: non stereotyped gender roles - niestereotypowe role społeczno-kulturowe. W tym przypadku odnosi się wrażenie, że tłumacz "przypomniał sobie", że gender to nie płeć, tylko płeć społeczno kulturowa, albo próbował stwarzać wrażenie, że jakoś uwzględnia prawidłowy sens oryginału. Żeby oddać ten sens można byłoby przetłumaczyć np. niestereotypowe społeczno-kulturowe role płciowe lub niestereotypowe role genderowe. Jednak tłumacz trzymał się konsekwentnie ukrywania tego prawdziwego sensu i finalnie wprowadził w błąd tak jak w innych miejscach. Zastosowane przez niego sformułowanie niestereotypowe role społeczno-kulturowe nie ma w ogóle nic wspólnego z płcią ani genderem, bo odnosi się do społeczno-kulturowych ról w dowolnej dziedzinie ludzkiej aktywności, np. zawodowej, sportowej czy hobbystycznej.
Prawidłowe tłumaczenia pojawiły się wyłącznie tam, gdzie nie dało się tego uniknąć, to jest w definicji tego pojęcia (art. 3c.) oraz tam gdzie błąd byłby ewidentny, bo wystąpiłoby powtórzenie płeć, płeć (art. 4.3).
Grzegorz Strzemecki
