Kościół definiuje świętość jako heroiczne praktykowanie wszystkich cnót i wykonywanie codziennych obowiązków przynależnych danemu stanowi przez całe życie. Stefczyka wyróżniało to, że podejmował nadzwyczajne działania, moblilizujące ludzi różnych stanów do współdziałania dla wspólnego dobra i moralności. Organizował spółdzielnie samopomocy, przedstawiał je skutecznie na forum politycznym i czynił to w sposób wyjątkowy, bo nie reprezentował przy tym żadnej ideologii. Po prostu głęboko pragnął, aby ludziom żyło się dobrze i godnie, czyniąc tym samym zadość wymaganiom przykazania miłości bliźniego. W kościele oo. Franciszkanów w Krakowie złożył prywatny ślub, gdzie obiecał Panu Bogu, że "odda się służbie dla ludu, by ulżyć jego smutnej doli". To była pomoc społeczna poprzez działania finansowe i aktywizacyjne i organizacyjne. Organizował kasy pożyczkowe dla chłopów i drobnych mieszczan, aby mogli żyć godnie, mając zabezpieczenie finansowe. Nie zamykał tych kas jednak także przed Żydami i osobami majętnymi. Stefczyk żył tym samym duchem, który obecny był w wielkich encyklikach społecznych XX w. - nawet tych, które zostały ogłoszone już po jego śmierci, która nastąpiła w 1924 r.

 

Stefczyk był również bardzo dobrym ojcem. Zmieniając często miejsce zamieszkania, zawsze przeprowadzał się z rodziną, czuwając nad rozwojem i wykształceniem dzieci. Angażując się we włądzę i politykę na szczeblu rządowym, samorządowym czy komunalnym, kładł nacisk na moralność wynikającą z chrześcijaństwa oraz patriotyzm.

 

Mnie uderzyło w jego zachowaniu to, że w udzielaniu potrzebującemu kredytu widział możliwość pomocy człowiekowi, a nie usługę finansową. Nawet gdy współorganizował Bank Polski po I wojnie światowej, to kładł nacisk na moralny charakter narodowej samowystarczalności. Nigdy nie wchodził w tzw. zgniłe kompromisy. Miał swoją jasną linię etyczną, której był wierny. Niejednokrotnie dla wierności zasadom dekalogu rezygnował ze stanowiska lub zysku.

 

Miał swoich wrogów, ale nie wyrażał się o nich źle. Szukał dobrych stron w sytuacjach trudnych czy wręcz tragicznych. Nawet przy różnicy poglądów chciał, aby ze współpracy wynikało dobro. Po śmierci żony, gdy runęło życie jego rodziny, chciał w pierwszej kolejności zapewnić pokój serca i duchowe ukojenie dzieciom. W tej sytuacji bardziej troszczył się o przyjaciela w depresji niż o siebie.

 

Gdy umierał w cierpieniach (spowodowanych najprawdopodobniej rakiem żołądka), starał się podtrzymywać na duchu otaczających go ludzi. Jego ostatnie słowa, skierowane do bliskich i przyjaciół, brzmiały: "Łączę się z nimi, dalej także duchem z życzeniem wspólnem: sursum corda!". Te dwa budzące nadzieję słowa: sursum corda, wygrawerowane zostały na jego nagrobku we Lwowie. Do ostatniego dnia życia wykazywał troskę o dobrą współpracę ludzi między sobą. Uważał, że wszystkie patriotyczne i chrześcijańskie ideały są możliwe do realizacji wtedy, gdy ludzie będą ze sobą współdziałać. Po 1945 r. skutecznie wymazywano go z historii. Jego pamięć zaczęto przywracać dopiero po 1989 r. dzięki grupie spółdzielców z Trójmiasta - dodaje historyk.

 

Not. Jarosław Wróblewski