W świecie filmowym nie milknie dyskusja jaką wywołał hollywoodzki gwiazdor Shia LeBeouf, który w jednym z wywiadów przyznał, że w nowym filmie Larsa von Triera aktorzy będą uprawiać naprawdę seks na ekranie. „Film będzie taki, jak wam się wydaje. Na początku scenariusza jest uwaga, że wszystko robimy naprawdę. To, co jest nielegalne, będzie na zdjęciach niewyraźne - powiedział LaBeouf, który w następnym wywiadzie sprecyzował, że jednak seks na ekranie uprawiać będą dublerzy. Czy to ma jednak jakiekolwiek znaczenie? Von Trier w pokazywaniu na ekranie pornografii będzie się ścigał sam ze sobą. To w końcu on pokazał scenę masturbacji zupelnie nagiej francuskiej aktorki w filmie „Antychryst”. Kino przeszło daleką drogę od pierwszych pocałunków na ekranie. Teraz pojdzie dalej...

 

Od przerywanych pocałunków do seksu oralnego


W złotej erze kina lat 50-tych, gdy Alfred Hitchcock obchodził cenzorskie prawo przerywając pocałunki bohaterów przebitkami albo krótkimi dialogami ( przepisy stanowił, że ekranowy pocałunek może trwać określoną liczbę sekund) nikt się nie spodziewał, że za niespełna pół wieku ostry seks będzie na porządku dziennym pokazywany nawet w serialach telewizyjnych. Dziś już nie tylko w takich telewizyjnych dziełach jak „Rzym” czy „Spartakus” dostajemy porcję erotyki przekraczającą granicę „Satiriconu” Felliniego czy kinowej wersji „Kaliguli”. Zupełnie wyzwolony i niemal pornograficzny ( bez pokazania penetracji) seks mamy w komediowym ( notabene znakomitym) „Californication” czy „Seksie w wielkim mieście”.  

 

De Niro i Depardieu w porno scenie w 1900

Obecnie doszło nawet do tego, że ekranowy seks jest odważniejszy na ekranach telewizorów niż w kinie. Choć i „na srebrnym ekranie” zdarzają się w ostatnim czasie zaskakujące eksperymenty. Oczywiście wyznacznikiem skandalizującego w warstwie erotycznej filmu pozostawało przez lata „Ostatnie tango w Paryżu” Bernardo Bertolucciego z Marlonem Brando w głównej roli. Dziś dzieło włoskiego lewaka wydaje się być jedynie niegrzeczną bajeczką dla nastolatków. Mimo tego, że w niektórych krajach wciąż zakazane jest japońskie „Imperium zmysłów” z 1976 roku, w którym aktorzy naprawdę uprawiali na ekranie seks (pokazany łącznie ze zbliżeniami na organy płciowe), to również ten obraz został pobity przez śmiałków z Europy i USA, którzy swoimi filmami dystansują „dobranocki” w stylu „Nagiego instynktu” czy „Slivera”. Takim filmem jest z pewnością „9 songs” Michaela Winterbottoma, który opowiedział historię składającą się z przeplatanych fragmentami koncertów scen pokazujących parę uprawiających autentyczny seks młodych ludzi. Brytyjski twórca również nie zrezygnował z pornograficznych zbliżeń, które…jednak nie wywołały specjalnego skandalu. Inaczej było z wygwizdanym w Cannes filmem Vincenta Gallo ( znany z „Essential killing” Skolimowskiego), który w reżyserowanym przez siebie „The Brown Bunny” pokazał scenę seksu oralnego ze swoim udziałem i znakomitej aktorki Chloe Sevigni. Scena jest jakby żywcem wyjęta w europejskiego filmu porno i niezwykle surowym sposobem realizacji przebija słynne ujęcie seksu oralnego (nie udawanego) w „1900” Bertolucciego, który zmusił swoją aktorkę by „obsługiwała” Roberta de Niro i Gerarda Depardieu. Pisząc o pornografii w kinie głównego nurtu, nie można rzecz jasna zapominać o francuskim „Zgwałć mnie!”, który również przeniósł artystyczne kino w rejony podziemnego sadystycznego porno. Bez wątpienia ten francuski film wpisał się w główną tezę książki „Pornoland” Gail Dines, która zwróciła uwagę jak pornografia opanowała wszystkie sfery naszego życia i ukształtowała współczesnego mężczyznę. Z pewnością miała ona wpływ na artystę, który porno wprowadza w bezczelny sposób do głównego nurku kina. Mowa oczywiście o zdobywcy najważniejszych nagród filmowych na świecie, szalanym Duńczyku, którego nazwisko zawsze zapowiada totalną demolkę wszelkich kinowych norm, które nieśmiało łamią inni „skandaliści”.   


Duński sadysta…

 

Gainsbourg naprawdę masturbowała się na ekranie. Tutaj w wersji soft

Duński twórca jest prawdziwym „enfant terrible” światowego kina. Bez wątpienia jest on zarówno geniuszem jak i hochsztaplerem. Wielkim oszustwem okazał się jego manifest Dogma, który polegał na kręceniu filmów minimalnymi środkami. "Jako reżyser przysięgam wyzbyć się osobistego smaku! Już nie jestem artystą. Przysięgam unikać tworzenia „dzieła” ponieważ uważam, że moment jest ważniejszy niż całość. Moim naczelnym zadaniem jest wydobycie prawdy z moich bohaterów i ich otoczenia. Przysięgam stosować się do powyższych założeń poprzez wszelkie dostępne mi środki, kosztem dobrego smaku i jakichkolwiek względów estetycznych" - brzmi końcowy akapit manifestu Dogma 95. Von Trier szybko porzucił manifest, kręcąc w jego duchu jeszcze kretyńskich „Idiotów” jak i wybitne „Królestwo”, by następnie przejść do tworzenia właśnie „dzieł”. I to one przyniosły mu glorię. Nie można zapominać wszystkich nagród jakimi nagrodzony został reżyser ( Felix i Złota Palma za „Tańcząc w ciemnościach”, Felix za „Przełamując fale”, kilka Cezarów i nominacja do Oscara). Jego „Dogville” czy „Przełamując fale”  to perełki kinematografii, o których trudno zapomnieć nawet po latach. Hollywoodzka gwiazda Nikole Kidman, która pracowała z von Trierem przy „Dogville” nazwała go geniuszem. Aktorka odmówiła jednak roli w kontynuacji tego dzieła „Mandaralay” ( jednak przyjęła rolę w „Nimfomance”). Bez wątpienia wpływ na to miał stosunek do kobiet duńskiego mizantropa, który kocha się znęcać nad swoimi bohaterkami. Znakomicie to podsumowała piosenkarka Bjork, która genialnie zagrała w jego „Tańcząc w ciemnościach”. „Nawet tak seksistowscy reżyserzy jak Woody Allen czy Stanley Kubrick potrafią tchnąć w swoje dzieła duszę. W przypadku Larsa von Triera jest to niemożliwe. On potrzebuje kobiety, aby natchnąć swoje filmy. Dlatego potem tak bardzo ich nienawidzi. Musi więc zniszczyć je w trakcie zdjęć i ukryć dowody zbrodni" - powiedziała Bjork, która na planie doświadczyła załamania nerwowego. Właśnie załamanie nerwowe i depresja są powodami zarówno totalnych wpadek reżysera jak i jego największych triumfów. Do tych drugich należy niewątpliwe arcydzieło „Melancholia” z Kirsten Dunst, Kieferem Sutherlandem czy Charlotte Gainsbourg, które przez „wyskok” reżysera nie dostało Palmy w Cannes. Depresja spowodowała jednak, że reżyser stworzył jeden z najbardziej znienawidzonych filmów ostatnich dziesięcioleci- „Antychryst”. W tym obrazie von Trier pierwszy raz rozwinął w dużym stopniu sceny pornograficzne i sadomasochistyczne ( słynne już wycinanie łechtaczki), które wplótł w „artystyczny” przekaz. Teraz zapowiada, że pójdzie o krok dalej. 


…bierze się za De Sade’a


/

 W swoim nowym dziele zatytułowanym "Nymphomaniac" reżyser przyjrzy się życiu erotycznemu pewnej kobiety, od momentu jej narodzin do pięćdziesiątki. Jedna wersja filmu będzie czystą pornografią, zaś druga- bez „zbliżeń”, trafi do kin.  Główną rolę twórca „Idiotów” powierzył swojej muzie Charlotte Gainsbourg, która za „Antychrysta” zgarnęła Złotą Palmę. Teraz piękna i chimeryczna Francuzka wcieli się w „wyzwoloną  seksualnie pięćdziesiątkę”. „Jeśli porozmawiasz z kobietą po 50. albo 60., która prowadziła lub prowadzi z aktywne życie seksualne, uświadomisz sobie, jak brudne mogą być kobiece myśli” - przekonywał w jednym z wywiadów Von Trier, który od lat głosi swoje przywiązanie do pornografii. „Próbuję napisać scenariusz o erotycznej ewolucji kobiety. To będzie czterogodzinny film porno. Znowu inspirowany de Sade’em – od szlachetnej Justyny do „złej” Julietty.(...) Tym razem mam trudniej – erotyzm kobiet jest jednak zupełnie inny niż mężczyzn”- mówił rok temu w wywiadzie dla „Dużego Formatu”. Von Trier ma na swoim koncie ponad 20 filmów i, jak już pisałem, uważany jest za jednego z najbardziej kontrowersyjnych reżyserów na świecie. "Nimfomanka" ma być jego najodważniejszym obrazem. W jego przypadku te zapewnienia nie są pustą retoryką. Duńczyk nie raz pokazał na jak samobójcze artystycznie kroki go stać. Dwa lata temu  reżyser nie dostał nawet wyróżnienia za chwaloną „Melancholię” po tym, gdy na konferencji prasowej powiedział: „Chciałem być Żydem. Potem odkryłem, że tak naprawdę jestem nazistą, ponieważ, jak wiecie, członkowie mojej rodziny byli Niemcami. (...) Co mogę powiedzieć? Rozumiem Hitlera, ale myślę, że robił złe rzeczy, tak, absolutnie. Mogę sobie wyobrazić, jak siedzi na końcu w swoim bunkrze. On nie jest tym, kogo można nazwać dobrym człowiekiem, ale trochę go rozumiem i troszkę mu współczuję”. Twórca, który nie mógł być nieświadomy swoich słów rozpętał skandal, za co wyrzucono go z festiwalu w Cannes. „Ze wszystkich bohaterek zawsze najbliższa mi była Justyna. Nikt tak jak de Sade nie potrafił opisywać kobiet, które były męską fantazją, ale fantazją zadziwiająco wiarygodną: psychologicznie i erotycznie. Poza tym miał w sobie kapitalną ironię. Może dlatego, że większość życia spędził w więzieniach? Jest w jego książkach coś bardzo francuskiego – dużo seksu i dużo filozofii. Nie ma lepszego połączenia”- mówił reżyser w „DF”. Jeżeli jego "Nymphomaniac" będzie chociaż w połowie tak mizantropiczne i perwersyjne jak pornograficzne dzieło Markiza De Sade’a, to możemy być pewni, że Duńczyk doprowadzi do furii nie tylko konserwatystów. Zestawiając słowa Bjork z tym co napisał Francuzki libertyn feministki już powinny szykować się do szturmu na duńskiego genialnego hochsztaplera.  


Łukasz Adamski