Przed kilkoma tygodniami Donald Tusk zaapelował o wniesienie do konstytucji RP zapisu, mówiącego o tym, że ewentualne wypowiedzenie umowy UE wymagałoby większości 2/3 głosów w parlamencie. Nie wspomniał jednak ani słowem, że to za czasów jego premierostwa, w okresie niezwykłego zbliżenia z Moskwą, wprowadzono regulacje, które pozwalają na przegłosowanie polexitu zwykłą większością głosów.

„Gazeta Polska” przypomniała jak dokonywało się za rządów Donalda Tuska uchwalenie regulacji ułatwiających ewentualne wystąpienie Polski z Unii Europejskiej. Inicjatorem całego aktu prawnego był w grudniu 2009 roku ówczesny marszałek sejmu a późniejszy prezydent RP, Bronisław Komorowski. Ustawę tę nazywano roboczo „koordynacyjną” lub „kooperacyjną”, a regulowała ona zasady współpracy Rady Ministrów z Sejmem i Senatem w sprawach związanych z członkostwem Polski w UE.

7 kwietnia zdominowana przez ówczesną koalicję rządową PO-PSL, podkomisja przygotowująca ustawę, zaakceptowała projekt umożliwiający polexit zwykłą większością głosów. A już 18 dni po katastrofie smoleńskiej, 28 kwietnia 2010 roku Komisja przyjęła projekt ustawy, przy 13 głosach „za”, 6 „przeciw” i 4 wstrzymujących się.  W myśl tej regulacji do rozwiązania umowy z UE nie jest wymagana ani większość ustawowa, wynosząca minimum 231 posłów, ani też większość kwalifikowana.

5 sierpnia 2010 roku, a więc dzień przed złożeniem przysięgi prezydenckiej przez Bronisława Komorowskiego, Sejm przyjął całość projektu ustawy głosami dzisiejszej opozycji totalnej, a więc - Platformy Obywatelskiej, Lewicy i PSL. A prezydent Komorowski podpisał ją 28 października 2010 roku. Od tego momentu do przegłosowania ewentualnego wystąpienia Polski z Unii Europejskiej wystarczy zwykła większość głosów.

Nie po raz pierwszy zatem okazuje się, że Donald Tusk pragnie zbijać kapitał polityczny dzielnie walcząc z problemami, które sam stworzył.

 

ren/niezalezna.pl