"Jakbym widział kogoś, kto w mojej ocenie robiłby to lepiej, to bym nie czekał na moment, kiedy muszę odejść tylko bym mu to przekazał. Mam wiarę w swoje siły i w swoje możliwości. Nie jestem geniuszem, ale uważam, że jestem dobrym premierem, który na razie nie doczekał się realnej konkurencji" – powiedział Tusk w show czołowego (nad)redaktora III RP.
I w ramach tejże dobroci Tusk już zapowiedział wydłużenie urlopu macierzyńskiego oraz program "Inwestycje polskie". Tyle, że była to dobroć nieco wymuszona, bo stanowiła reakcję na niekorzystne dla Platformy Obywatelskiej wyniki sondaży, wskazujące przewagę Prawa i Sprawiedliwości. „Z pokorą biorę pod uwagę pogorszenie nastrojów i spadek zaufania, przede mną po prostu codzienna robota, będę musiał przekonywać ludzi” – obwieścił premier.
Przyglądając się ostatnim wydarzeniom można powtórzyć za bohaterem dramatu Williama Shakespeare’a: „Words, words, words” (pol. Słowa, słowa, słowa). Wygląda na to, że szumne zapowiedzi premiera okażą się taką samą wydmuszką medialną, jak zapowiedź „ozusowania” tzw. umów śmieciowych. Ekipa Tuska, dostrzegając gęsią skórkę pracodawców i pracowników, dla których taka forma zatrudnienia jest (niestety) jedynym wyjściem w sytuacji, porzuciła pomysł i premier nie zająknął się o nim w tzw. drugim expose.
Nic więc dziwnego, że malowanie fasady państwa, gdy sama konstrukcja już legła, wzbudza niesmak również polityków Platformy Obywatelskiej. Na chwilę szczerości zdobył się choćby senator Jan Rulewski, przypominając, że na początku rządów Donalda Tuska, PO obiecywała odbudowę społeczeństwa obywatelskiego. - A dzisiaj bonapartyzm zamraża Platformie kilka dywizji. Żeby wygrywać trzeba mieć dywizje, a nie tylko genialnego przywódcę. Pierwszą zamrożoną dywizją PO jest partia. Drugą klub parlamentarny. Trzecią Senat, który jest dzisiaj bardzo upolityczniony… - powiedział Rulewski w rozmowie z portalem Onet.pl.
Parlamentarzysta przypomniał, że Tusk niejednokrotnie podkreślał, iż bierze odpowiedzialność za wszystko: „Za trudne decyzje. W demokracji nie może być tak, że jedna osoba bierze odpowiedzialność za wszystko. Premier nie może brać jednoosobowej odpowiedzialności za Polskę. A jeśli nawet, to niech wskaże polisę ubezpieczeniową, z której będzie można pokryć ewentualne straty”. Jak widać, nawet osoby ze środowiska Platformy Obywatelskiej pozwalają sobie na kpiny z „drugiej Irlandii” w wykonaniu Tuska. Tym bardziej, że premier niczego nie zaoferował Polakom, poza mglistymi obietnicami i – typowymi dla obecnej ekipy rządzącej - przechwałkami.
Tymczasem media już donoszą o zakusach Niemiec na tzw. osobny budżet strefy euro. Co to oznacza? Stratę dla Polski w wysokości kilkudziesięciu miliardów złotych. „(…) chodzi już nie tylko o długoterminową wizję rozwoju Unii, ale także o niebezpieczną zbieżność terminów z negocjacjami o właściwym budżecie UE na lata 2014–2020. Tam stawką dla Polski jest nawet 80 mld euro" – informuje „Rzeczpospolita”. I chociaż w momencie, kiedy piszę te słowa (16 października – przyp. AM) los „osobnego budżetu” nie jest jeszcze przesądzony, to tendencje europejskich mocarstw, które domagają się ograniczenia funduszu spójności są coraz bardziej widoczne. Oczywiście prym w tej grupie wiodą Niemcy.
Pytanie (doprawdy, naiwne!), czy Donald Tusk poważnie myśli o przeciwstawieniu się podobnym zakusom w dalszej perspektywie? Można mieć wątpliwości, zwłaszcza, że Słońce Peru chce niebawem wschodzić nad Brukselą… A nam pozostanie już tylko deszcz. Ten sam, który uniemożliwił rozegranie meczu Polska – Anglia na Stadionie Narodowym.
Nie ma chleba, nie ma igrzysk. Jak żyć?
Aleksander Majewski
Tekst ukazał się w 43 (886) numerze tygodnika "Nasza Polska"
