Rywalem Tuska ma być szef Parlamentu Europejskiego, socjalista Martin Schulz. Tyle, że to polski premier jest faworytem niemieckich chadeków na czele z Angelą Merkel. "Tusk uchodzi za Europejczyka z przekonania, podczas prezydencji Polski w Radzie UE wygłaszał przekonywujące przemówienia. Zaletą jego kandydatury byłby też fakt, że w kryzysie euro nie reprezentuje żadnej ze skłóconych stron" - rozpływa się w zachwytach niemiecki "Der Spiegel". Podobno partyjni stratedzy mają już nawet wizję plakatów wyborczych na których uśmiechnięci Angela Merkel i Donald Tusk wspólnie - ramię w ramię - zabiegają o głosy wyborców.
Co ciekawe, sami dziennikarze zwracają uwagę, że pierwsze jaskółki życzliwości niemieckich polityków wobec Donalda Tuska można było zauważyć już w momencie, gdy premier Polski odbierał z rąk kanclerz Niemiec nagrodę im. Walthera Rathenau'a. Tusk - ze wszystkich stron - był poklepywany po plecach i chwalony za swój "eurooptymizm".
Oczywiście można uznać, że niemieckie salony polityczne są zarażone chorobą arcynaiwności, która sprawia, że nasz "Europejczyk z przekonania" jawi im się jako wybitna jednostka, mogąca "przezwyciężyć zarysowujący się podział Europy na państwa strefy euro i resztę". Podobnie, jak można wierzyć w to, że Polska - pod rządami PO - będzie drugą Irlandią, a afera Amber Gold dowodzi prawidłowego funkcjonowania państwa. Nikt nie odmawia prawa do takiej ślepiej wiary.
Tyle, że fakty mówią same za siebie i bez obłąkańczej antyniemieckiej fobii łatwo zauważyć, że facet, który nie potrafi zadbać o własne podwórko (co jest jego psim obowiązkiem), a zostaje doceniony przez zagranicznych polityków - mowiąc delikatnie - nie budzi zaufania... Większą uczciwością wykazał się tygodnik "Die Welt", ktory - jak przypomina Sławomir Sieradzki - w 2007 r. określił Tuska mianem „proniemieckiego hitoryka”. Trudno nie odmówić racji komentatorowi wPolityce.pl, który twierdzi, że niezawodny duet Tusk-Sikorski, dzięki podpowiedziom zza Odry, "rozmontował polską politykę wschodnią w myśl zasady bardzo bliskiej Berlinowi – Russia first – najpierw Rosja". "Polska nie ma z tego absolutnie nic, a może w przyszłości wiele stracić porzucając swoich tradycyjnych partnerów z Europy Środkowej i Wschodniej" - pisze Sieradzki. Jak to? A prestiż naszego Premiera-Słońce? Przecież Państwo to On... Zresztą, jaki kraj, taki absolutyzm.
Pytanie: cui bono, Herr Tusk?
Aleksander Majewski

