Turcja grozi Unii Europejskiej wybuchem nowego kryzysu imigracyjnego. Jak powiedział turecki premier Binaly Yildrim, bez pomocy Ankary Europę imigranci po prostu "zaleją". Podkreślił wyraźnie, że jeżeli Bruksela zerwie rozmowy negocjacyjne z Ankarą, to będzie to bardziej szkodliwe dla tej pierwszej.
W czwartek Parlament Europejski ogłosił rezolucję wzywająca do zamrożenia negocjacji ws. przyjęcia Turcji do UE. Przyczyną takiego głosu stały się działania podejmowane przez tureckie władze po nieudanym czerwcowym puczu wojskowym. Chodzi o masowe aresztowania i ograniczanie wolności prasy.
"Jesteśmy jednym z czynników, które chronią Europę. Jeśli uchodźcy przedrą się (przez Turcję), to zaleją Europę i przejmą kontrolę. A Turcja temu zapobiega" - odpowiedział na rezolucję PE premier Yildrim w wystąpieniu w telewizji. Jak zaznaczył, zerwanie negocjacji będzie dla Europy "kilkukrotnie" bardziej szkodliwe, niż dla Turcji.
Już kilka dni wcześniej turecki prezydent Recep Tayyip Erdogan sugerował, że jego kraj nie musi wcale łączyć się z Europą, bo może zamiast tego związać się ściślejszą współpracą między innymi z Rosją i Chinami. Gdy idzie o groźbę "odkręcenia kurka z uchodźcami", to ta od kilku miesięcy pada ze strony tureckiej bardzo często.
Niewykluczone jednak, że nawet w przypadku zamrożenia negocjacji poszczególnym państwom europejskim uda się utrzymać poprawne relacje z Turcją, nie doprowadzając Ankary do podjęcia próby zwiększenia nacisku imigracyjnego na Europę. Zwłaszcza niemiecka kanclerz Angela Merkel deklaruje, że pomimo wszystkich krytycznie przez nią ocenianych działań władz nad Bosforem jest zdeterminowana do utrzymania poprawnych relacji z Erdoganem, tłumacząc, że Niemcy mają w tym żywotny interes.
ol/IAR, Fronda.pl
