Badania dr. inż. Grzegorza Szuladzińskiego trwały blisko rok. W analizach korzystał m.in. z wniosków i obliczeń naukowców z USA, prof. Wiesława Biniendy i prof. Kazimierza Nowaczyka. Punktem wyjścia do badań była próba odpowiedzi na pytanie, czy mechaniczne uderzenie w grunt po częściowym wyhamowaniu spowodowanym przez drzewa uzasadnia takie rozczłonkowanie konstrukcji samolotu. W toku obliczeń naukowiec wykluczył taką możliwość jako niezgodną z prawami fizyki i mechaniki. Zdaniem dr. Szuladzińskiego - o czym już wcześniej wspominał przyczyną katastrofy były dwa wybuchy, do których doszło, jeszcze w powietrzu.



W swoim opracowaniu naukowiec przedstawia kolejne etapy wydarzeń z 10 kwietnia. Stara się odpowiedzieć m.in. na pytanie, co stało się w okolicy tzw. punktu K, czyli w miejscu, w którym Tu-154M zaczął gwałtownie zmieniać kierunek lotu, zaczyna gwałtownie zmieniać kierunek lotu, analizuje trajektorię ruchu fragmentu lewego skrzydła, który zdaniem MAK-u i komisji Millera został urwany podczas zderzenia z brzozą, i wyjaśnia, dlaczego ta upowszechniana wersja jest nieprawdziwa. Wskazuje jednocześnie, co było przyczyną zniszczenia skrzydła oraz wciąż niewyjaśnionego zachowania się jego "końcówki". - Jedyna możliwość to wybuch który w efekcie wypycha i rozbija krótszy fragment skrzydła - tłumaczy naukowiec.



Typowy dla wybuchu jest również stan szczątków ofiar. - Niektóre ciała zostały rozerwane na kawałki. Zerwane, a czasem poszarpane na charakterystyczne strzępy ubrania ofiar. Wszystkie wymienione przeze mnie skutki obserwuje się wtedy, gdy koło grupy ludzi następuje wybuch ładunku typu HE, nie tłumaczy ich żadne inne zjawisko fizyczne – tłumaczy dr inż. Szuladziński.

 

TPT/Gazeta Polska Codziennie