Tej nocy w domu państwa Mertów nie zgasło światło. Tomek spędzał ostatnie godziny pod swym dachem. Przy jego trumnie, okrytej biało-czerwoną flagą, czuwali w różnych godzinach nocnych jego najbliżsi: rodzina, przyjaciele, znajomi. Klęcząc tam i modląc się za jego duszę, przypominałem sobie swoją ostatnią rozmowę z Tomkiem – w czwartek, 8 kwietnia, dwa dni przed feralnym lotem do Smoleńska.
W ciągu godzinnego spotkania poruszyliśmy wiele tematów, ale trzy z nich – w perspektywie tego, co wydarzyło się na przestrzeni minionych dni – jawią mi się w nowym świetle.
1.
Tomek wspominał mi, że leci do Katynia z prezydentem. Jego marzeniem było, by każde polskie dziecko, zanim ukończy maturę, odbyło podróż do Katynia. Widział, jak bardzo dbają o tożsamość narodową i pamięć o przodkach Żydzi. W programach szkolnych w Izraelu obowiązkowa jest wyprawa do Auschwitz i innych miejsc zagłady. Dzięki temu izraelska młodzież staje się bardziej świadoma tego, częścią jakiej wspólnoty międzypokoleniowej pozostaje.
Ale tak jak my oburzamy się, że Żydzi widzą Polskę tylko jako cmentarzysko, tak Tomek nie chciał, by dawne Kresy Rzeczpospolitej postrzegane były jedynie przez pryzmat kaźni. Był wielkim miłośnikiem historii i pasjonatem dziejów Polski Jagiellońskiej. Uważał, że lepiej zrozumiemy samych siebie, swój narodowy charakter, tradycję i kulturę, jeśli nie poprzestaniemy na wiedzy książkowej, a doświadczymy naszej przeszłości wszystkimi zmysłami. Gdyby polska młodzież w ramach edukacji szkolnej mogła podróżować na dawne Kresy, podziwiać kamienice Lwowa i kościoły Wilna, dotykać zamkowych murów Chocimia i Kamieńca Podolskiego, stać nad brzegiem Dniestru lub Niemna, wdychać powietrze w litewskich borach lub ukraińskich stepach – to lepiej, niż wkuwając wydarzenia i daty, pojęłaby wyjątkowość unikalnego projektu cywilizacyjnego i ustrojowego Pierwszej Rzeczpospolitej.
Być może więc realizacją testamentu poległych pod Smoleńskiem, dla których tak ważna była pamięć o Katyniu, powinny stać się takie wyprawy polskiej młodzieży w tamte miejsca...
2.
W ten ostatni czwartek wpadliśmy też na pomysł wydania książki. Tomek napisał esej o twórczości amerykańskiego myśliciela Willmoore'a Kendalla, który miał się stać wstępem do wyboru tekstów tego konserwatywnego filozofa polityki. Jednym z zagadnień, jakie poruszał najczęściej Kendall, była natura demokracji. Jego zdaniem ustrój ten nie uwzględniał choćby takiej kategorii społecznych relacji, jaką jest intensywność. Co to konkretnie miałoby oznaczać? Tomek podawał następujący przykład. W pokoju siedzą cztery osoby. Trzy z nich rzucają pomysł, że chcą iść do kina. Czwarta jednak upiera się, że woli, by wszyscy pozostali i dalej kontynuowali rozmowę. Jej nastawienie jest tak „intensywne”, że pozostała trójka godzi się na to. Gdyby do rozstrzygnięcia, co robić dalej, zastosowano mechanizmy demokratyczne i zarządzono procedurę głosowania, cała czwórka poszłaby do kina. Stało się jednak inaczej. To pokazuje, że demokracja nie odzwierciedla życiowych wyborów i społecznych relacji, gdyż nie uwzględnia dynamicznego charakteru stosunków międzyludzkich. Pytanie: jak będzie wyglądała wspólnota złożona z dziesięciu osób, z których troje to ludzie pełni poświęcenia, gotowi pracować na rzecz innych, a siedmioro to abnegaci, którzy mają wszystko gdzieś?
Ten fragment wywodu Tomka przypomniał mi się, gdy obserwowałem to, co działo się w Polsce w dniach żałoby po smoleńskiej tragedii. Czy ta „intensywność” Polaków, która się wówczas objawiła, będzie w stanie wpłynąć na wyniki demokratycznych wyborów? Ile osób ona ogarnęła i jak długo jest się w stanie utrzymać? Czy pesymistyczna diagnoza Kendalla znajdzie swoje potwierdzenie także w Polsce?
3.
Tomek wspominał mi, że wrócił niedawno spod Paryża, gdzie uczestniczył w pogrzebie Henryka Giedroycia. Ta uroczystość pogrzebowa, jak mówił, była dla niego końcem pewnej epoki, zmierzchem pewnego świata. A decydował o tym nie patos, lecz komizm sytuacji. Pan Henryk zażyczył sobie bowiem przed śmiercią mszy po łacinie, której nie znał ani stojący za ołtarzem ksiądz Chińczyk, ani zlaicyzowani Francuzi, jacy i tak z trudem zorientowaliby się o co chodzi w liturgii odprawianej w ich rodzimym języku. Tomek wspominał, że miał poczucie schyłku właśnie z powodu owego dysonansu – żaden z elementów tej uroczystości nie pasował do siebie.
Przypomniałem sobie o tej uwadze Tomka, gdy wśród tłumu żałobników stałem na placu Piłsudskiego w Warszawie podczas uroczystej mszy pożegnalnej. Czułem, że uczestnicząc w tych narodowych egzekwiach jestem wpisany w ciąg związanych wspólnotą losu pokoleń, które mnie poprzedzały i które przyjdą po mnie. Tutaj nie czuło się żadnego dysonansu. Każdy element był na swoim miejscu. Miałem poczucie przemijania, ale nie schyłku, zmierzchu, końca... Żałoba mija, a ja jestem pełen nadziei.
Grzegorz Górny
Podobał Ci się artykuł? Wesprzyj Frondę »

