„Mistrz” znakomitego reżysera „Magnolii” czy „Aż poleje się krew” był jednym z najbardziej wyczekiwanych filmów festiwalu. Wzbudził on ogromne oczekiwania widzów i nadzieje tych, którzy liczyli, że w końcu będzie to rozliczenie się Hollywood z niebezpieczną sektą scjentologów. Okazuje się, że film nie do końca przedstawia historię tej pseudoreligii. „Nagrodzony Srebrnym Lwem za najlepszą reżyserię i Pucharem Volpiego dla najlepszych aktorów Philipa Seymoura Hoffmana i Joaquina Phoeniksa "Mistrz" Paula Thomasa Andersona to film nieoczywisty, zaskakujący, intensywny. Spodziewano się po nim zakamuflowanej krytyki scjentologicznej pseudoreligii (Hoffman grający w filmie założyciela sekty ma pewne cechy L. Rona Hubbarda, twórcy kościoła scjentologiczego). Tymczasem "Mistrz" jest opowieścią o uwodzeniu. Spotkanie z sekciarzem okazuje się zbawienne dla zdemobilizowanego żołnierza o okaleczonej psychice. Film Andersona, daleki od publicystyki, sam jest dziełem uwodzicielskim, choć kompozycyjnie rozproszonym”- pisze Tadeusz Sobolewski w „Gazecie Wyborczej”.

Niestety twórcy zrezygnowali ze znakomitej szansy na obnażenie „kościoła”, który jest znów na ustach całej Ameryki po ucieczce od Toma Cruisa ( nazwany mesjaszem sekty) jego żony Katie Holmes, która nie mogła znieść życia według zasad tej pseudoereligii. Nawet sami twórcy są podzieleni w kwestii przesłania swojego filmu. Paul Thomas Anderson przyznał, że jego film jest luźno oparty na życiu L. Rona Hubbarda, założyciela tzw. kościoła scjentologów. Reżyser zdradził nawet w wywiadzie, że pokazał film najsłynniejszemu wyznawcy tej „religii” Tomowi Cruise'owi, który grał w jego słynnej „Magnolii”. „Wciąż jesteśmy przyjaciółmi. Pokazałem mu film. Reszta zostaje między nami”- powiedział twórca “Boogie Nights”. Co innego natomiast mówi odtwórca głównej roli, Philip Seymour Hoffman, który przekonuje, że nie opierał swojej postaci pisarzu sci-fi. Komu więc wierzyć? Bez wątpienia twórca perełek takich jak „Lewy sercowy" czy „Boogie Nights” wiedział, co robi, podkręcając informacje o tym, że jego film jest oparty na życiu arcykontrowersyjnego pisarza. Skąd te rozbieżności?
Scjentolodzy jako jedyni ( oprócz muzułmanów) potrafili doprowadzić, że z anteny został zdjęty odcinek „South Parku” wyśmiewający sektę i Toma Cruisa. To właśnie scjentolodzy ( uznani w tolerancyjnej do bólu Francji za organizację przestępczą) ze swoimi zastępami prawników potrafią zastraszyć zaprawionych w bojach z innymi religiami macherów z „fabryki snów”, i kupić sobie poparcie rzeszy celebrytów ( gdy Niemcy zakazali działalności „kościoła”, szaty rozdzierał John Malkovich czy Dustin Hoffman). W USA z każdym rokiem scjentolodzy są coraz potężniejsi. W zeszłym roku jego władze kupiły za 42 mln dol. wielkie studio telewizyjne w Los Angeles i zamierzają uruchomić własną telewizję. Scjentolodzy od początku swojej działalności celowali w show biznes, wiedząc, że poprzez popkulturę mogą znacząco wpływać na nowych wiernych. Niestety scjentologom udało się uzależnić od siebie popkulturę. I jest to ich największy sukces. Mimo wszystko nie można wykluczyć, że film Anderssona będzie atakowany przez scjentologów. Nie lubią oni jak ich założyciel jest przedstawiany w złym świetle nawet w minimalnym stopniu. A Hubbard jest dla nich prawdziwym prorokiem. Pisarz tanich powieści s-fi wymyślił w końcu, że 75 mln. lat temu zły galaktyczny władca imieniem Xenu panował nad 76 przeludnionymi planetami. Pojmał 13,5 biliona istot i zesłał je na Ziemię, wrzucił do wulkanów i unicestwił za pomocą bomb. Ich radioaktywne dusze-thetany się rozproszyły, aż zostały wyłapane przez elektroniczne pułapki rozmieszczone w atmosferze, po czym wszczepiono im fałszywe idee, w tym pojęcie Boga, Chrystusa i innych religii. Mimo skrajnego, pisząc delikatnie infantylizmu tych wierzeń, decydenci w Hollywood bali się choćby obśmiać sektę. W końcu nie jest ona Kościołem katolickim, który jest na celowniku za najmniejsze afery. Hollywood nie uderzyło natomiast w sektę nawet nawet po śmierci ciężko chorego syna Johna Travolty, którego leczono metodami Hubbarda. Cena za krytykę „kościoła” wydaje się dla nich być zbyt wysoka. Czy był tego świadom Paul T. Anderson i dlatego zrezygnował z otwarte wojny ze scjentologami? Można tak podejrzewać. Czy doczekamy się w końcu filmu o scjentologach, który byłby przynajmniej w połowie tak odważny jak obrazy o "fundamentalistach chrześcijańskich". Chłopaki z "South Park" próbowali nam coś takiego zaprezentować. Nawet im się nie udało, choć wcześniej nic złego ich nie spotkało za bezkompromisowowe uderzanie z Żydów, Jezusa, gejów, papieża czy niepełnosprawnych. Scjentologów tykać jednak nie wolno...
Łukasz Adamski

