Debata wokół drażliwego problemu trwała już od maja, kiedy sąd w Kolonii orzekł, że obrzezanie chłopców to karalne uszkodzenie ciała. Wzbudziło to protesty środowisk żydowskich i muzułmańskich, które uznały to za zamach na wolność religijną.

Obecne regulacje mają uzupełnić kodeks cywilny w części dotyczącej statusu dziecka. Według nowego paragrafu, jeśli spełnione zostaną określone warunki - dochowanie zasad sztuki medycznej i brak zagrożenia dla dobra dziecka - rodzice mogą wyrazić zgodę na "nieuzasadnione z medycznego punktu widzenia obrzezanie swojego syna, którego wiek nie pozwala jeszcze na samodzielne podjęcie decyzji". Oczywiście pod warunkiem, że zostaną "wyczerpująco poinformowani" o ryzyku, związanym z zabiegiem.

 

Jak relacjonuje Anna Widzyk (PAP), do sprawy krytycznie podchodzą organizacje broniące praw dzieci. Zdaniem stowarzyszenia Deutsche Kinderhilfe obrzezanie chłopców jest "ciężkim naruszeniem dobra dziecka", a proponowana legalizacja tego zabiegu koliduje z ustawą o wychowaniu wolnym od przemocy. "Taka regulacja w kodeksie cywilnym osłabia prawa dziecka i cofa ochronę praw dzieci w Niemczech o dziesięciolecia" - grzmiał przewodniczący Deutsche Kinderhilfe, Georg Ehrmann, cytowany przez Polską Agencję Prasową.

 

Wygląda na to, że zwolennicy totalniackiej tezy, zgodnie z którą, urzędnicy mają prawo decydować o tym, jak wychowywać dzieci, odnieśli bolesną klęskę na niemieckim podwórku. I dobrze. Może w następnej kolejności doszliby do wniosku, że warto zakazać chrztów małych dzieci, ponieważ mogą doznać szoku, polewane lodowatą wodą przez obłąkanych katoli?

 

Zastanawia również sprzeciw wszelkiej maści humanitarnych cmokaczy, którzy nie mogą przeboleć kawałka skóry i chcą nachalnie decydować o tym, jak dysponować własnym ciałem. Bardzo często ci sami ludzie opowiadają się za "prawem do aborcji", bo kobieta ma prawo do "decydowania o swoim ciele". Ot, jak dzieci nienarodzone przegrywają z napletkami...

 

Aleksander Majewski