– Jak ocenia Pan występ Polaków na olimpiadzie w Londynie?


– Uważam, że wielu zawodników z naszej ekipy zostało przetrenowanych – przesadzono z przygotowaniem fizycznym, liczbą startów przed igrzyskami, doszedł stres związany z tymi występami. Niektórzy szczyt formy osiągnęli przed olimpiadą. Niepotrzebne były w mediach szumne zapowiedzi złotych medali dla Agnieszki Radwańskiej i siatkarzy. To, że Radwańska po raz pierwszy w karierze zagrała w finale turnieju wielkoszlemowego, nie uprawniało do stawiania jej w gronie faworytek do złota. Krzywdzi się sportowców, z góry umieszczając ich na podium olimpijskim.


– Na nowo rozpoczęła się dyskusja o szkoleniu młodzieży.


– Po nieudanej olimpiadzie rozgorzała dyskusja, jak wyławiać młode talenty sportowe, a potem je szlifować. Pozwolę sobie przypomnieć, że we wrześniu już po raz 45 organizuję turniej tenisowy dla zawodników do lat 16. Europejska Federacja Tenisa przyznała mu I kategorię. Ten turniej jako 15-latka wygrała Agnieszka Radwańska, tu rozpoczynali kariery Mariusz Fyrstenberg, Marcin Matkowski i Łukasz Kubot, wyłoniła się aktualna czołówka polskiego tenisa. Jeśli ktoś chce zobaczyć na korcie utalentowanych młodych polskich tenisistów to zapraszam także w tym roku na BNP Paribas Tomaszewski Cup.


– Co roku w sierpniu chór publicystów podważa sens powstania warszawskiego. Minister Sikorski nazwał je „katastrofą narodową”. Jak przyjmuje Pan te wypowiedzi?


– Decyzję o podjęciu dramatycznej walki 1 sierpnia ’44 może zrozumieć ten, kto był wtedy w Warszawie, wyczuwał stan ducha Polaków. Powstanie było nie do uniknięcia. Nieżyjący już gen. Rozłubirski, który w czasie powstania walczył w AL, powiedział mi kiedyś: „Gdyby o godzinie W nie wybuchło powstanie, to my, AL-owcy, i tak zaczęlibyśmy strzelać”. Z perspektywy czasu wartości patriotyczne, moralne i duchowe wydają mi się ważniejsze niż materia, czyli zniszczenie miasta. Legenda powstania warszawskiego miała duży wpływ na zryw Solidarności. Stoczniowcy nie walczyli przecież tylko o chleb, ale także o niepodległość. I w stoczniach wyrażano szacunek dla powstańców. „Oni, młodzi, szli odważnie, bili się, a my, mocne byki, mamy się bać?”. Zryw powstańców warszawskich dodał w ’80 roku stoczniowcom odwagi.


– Prof. Witold Kieżun, uczestnik powstania, podkreśla, że wybuch 1 sierpnia był nieunikniony, gdyż Niemcy wzywali wszystkich mężczyzn powyżej 16. roku życia na roboty publiczne. Za niestawienie się groziła kara śmierci.


– To prawda. Jeżeli nie poszlibyśmy do powstania, to Niemcy by nas powyłapywali.


– Jaką funkcję pełnił Pan w powstaniu?


– Byłem na Starówce. Ale nie chcę tworzyć mitów wokół swojego zaangażowania. Spotkałem się z takimi postawami nastoletnich chłopców, młodziutkich polskich kobiet, że przy nich jestem karzełkiem. Nie przypuszczałem, że w młodych są takie pokłady ofiarności. Drugiego, trzeciego dnia powstania na Miodowej widziałem jak szli 8-, 11-letni chłopcy w szeregu i śpiewali „Serce w plecaku”. Nocą z 14 na 15 sierpnia czekaliśmy na pl. Krasińskich na zrzuty z alianckich samolotów. Słychać było warkot maszyn nad naszymi głowami. Rozpoczęła się kanonada niemieckiej artylerii przeciwlotniczej. Była tak gwałtowna, że nawet nie usłyszeliśmy huku spadającego liberatora na ul. Miodową. Pobiegliśmy tam i wyciągnęliśmy zmiażdżonych i na wpół spalonych siedmiu lotników. Na kocach przenieśliśmy ich do bramy. Pochowani zostali potem w sąsiedztwie kościoła na Długiej. Zapamiętałem, że od samolotu płynęły gorące fale powietrza. Jakby liberator wydawał ostatnie tchnienie. Dotknąłem ręką skrzydła niejako w podzięce za ich heroiczną pomoc dla Warszawy, bo przylecieli aż z bazy we Włoszech...


Jak padło Stare Miasto, był moment, że stałem pod ścianką na Woli przeznaczony do rozwałki. Uratował mnie rówieśnik esesman, który w pewnym momencie powiedział: „Chcę ci pomóc”. Kiedy gestapowiec, który ustawiał nas w szeregu, przebiegł dalej, rzucił krótko: „Raus!”. I on, wielkie chłopisko, zasłonił mnie, dzięki czemu przeżyłem.


Później się Niemcom zrewanżowałem. Po ofensywie radzieckiej przebywałem w majątku wujostwa pod Piotrkowem. Kiedy Ruscy weszli do Warszawy, piechotą ruszyłem spod Piotrkowa do Warszawy. Szedłem torami, a zima jak cholera. Pierwszego dnia zobaczyłem wychodzącego z lasu oficera niemieckiego. Po chwili pojawił się łazik radziecki i wyskoczyli z niego Ruscy. Oficer rzucił się na nich w rozpaczy, ale obezwładnili go, kazali mu zdjąć buty i iść do przodu. A ja stałem pięć kroków od nich. Pomyślałem: teraz jest moja rola. A jedyny mój majątek stanowiły dwie butelki wódki. Poprosiłem: „Nie zabijajcie go, to może niemiecki generał”. A ci Ruscy tylko: „Idzi, idzi”. Wyciągnąłem wódkę. „Wypijcie na zdrowie”. Oni zaczęli rechotać, coś w nich pękło. Bo zabija się od razu, a jak się tego nie zrobi, napięcie opada. Wsadzili Niemca do łazika i odjechali.


– Przeskoczmy o ponad trzy dekady. W czasie stanu wojennego odmówił Pan współpracy z Polskim Radiem.


– Jak wybuchł stan wojenny, w ogóle mnie do radia nie wpuszczono, ponieważ nie byłem zweryfikowany. Na początku ’82 zadzwonił ktoś z Polskiego Radia, prosząc o spotkanie. Powiedział, że zbliżają się narciarskie mistrzostwa świata w Holmenkollen i chcieliby, żebym je relacjonował. Odmówiłem.


– Później tworzył Pan pierwszą ekipę Radia Solidarni.


– Zaproponowano mi, bym wszedł do zespołu. Przyjąłem to z wielką radością. Nawet dostąpiłem zaszczytu nagrania słów powitalnych: „Halo, tu Radio Solidarni”. Przez redakcję przewinęło się mnóstwo ludzi. Szefową była red. Jankowska, pamiętam też Martę Miklaszewską, żonę późniejszego premiera Olszewskiego. To dla mnie radiowy rozdział. (...) - mówi Tomaszewski.

 

Całość: http://www.tygodniksolidarnosc.com/

 

JW/Tygodnik Solidarność