Trwa Euro 2012. Jak pan je ocenia?
- Na podstawie tego, co obserwuję i przeżywam, widzę, że nadspodziewanie dobrze przygotowaliśmy się do tego. To przyjęcie drużyn, ich zakwaterowanie, przygotowanie boisk ligowych, serdeczne powitania, zainteresowanie treningami… tego dotąd nie było w czasie mundialu czy mistrzostw Europy. To jest wielki plus, zaskakujący pozytyw tych mistrzostw.
Wynika to z wielkiego głodu piłki na światowym czy europejskim poziomie?
- Tak, my piłkę kochamy jeszcze bardziej niż nam się wydawało. To jest też głód tego szerokiego świata. Potrzebne nam było, żeby przyjechał do nas najwyższy poziom europejskiego sportu w tej jednej konkretnej dziedzinie, a także ci dostojnicy fascynujący się sportem.
Żyliśmy w pewnym kompleksie Europejczyków, można powiedzieć, drugiej kategorii w stosunku do państw Zachodu, ale jako gospodarze Euro 2012, nie ma już tego podziału. Jest radość. Wrocław wspaniale przyjął Czechów…
- Tak, wychodzą dobre cechy naszej wspólnoty narodowej. Jesteśmy otwarci, mamy przecież życzliwy stosunek do krajów, które nie są nam jakoś szczególnie bliskie.
Niemieccy piłkarze zwiedzili obóz koncentracyjny w Oświęcimiu, Rosjanie oddali cześć ofiarom katastrofy smoleńskiej, Chorwaci chcą oddać hołd oficerom zamordowanym w Katyniu, sędziowie zwiedzają Muzeum Powstania Warszawskiego. To robi wrażenie, gdy przełamywana jest jakaś ważna bariera.
- Tak, to jest wspaniałe, bo do kopania piłki udało się dodać coś pozasportowego. Te przykłady, Niemców czy Rosjan pokazują, że oni czuli, że jest to potrzebne. Nastąpiło jakieś wzajemne porozumienie ponadsportowe. Udało się wytworzyć dobry nastrój poza całą emocją sportową i to jest wielki pozytyw.
A jak ocenia pan naszych kibiców, którzy jadą na mecze do Warszawy kilka godzin, aby wspólnie przeżywać mecze?
- Nie byłem w strefie kibica, ale widziałem, że stali godzinami, że padał deszcz. Ale nastrój jest tam pogodny, wzajemnie serdeczny, wesoły. Te tłumy nie budzą niepokoju. To jest radosne przeżywanie sportu.
Jak pan ocenia mecz Polaków z Grecją?
- Trafna jest wypowiedź nierozszyfrowanego dla mnie do końca trenera Smudy, gdy po tym meczu powiedział, że jest zadowolony, bo mamy punkt. W podtekście chciał nam powiedzieć, że ten cenny remis był bardzo szczęśliwym wynikiem. Według mnie nieuznana bramka zdobyta przez Greków, nie była ze spalonego, o czym mówił też w telewizji ojciec bramkarza Wojciecha Szczęsnego, że spalony był dyskusyjny. Moim zdaniem ta nieuznana bramka Greków była prawidłowa.
A obroniony karny?
- Mam prawo powiedzieć, bo trochę sportu widziałem, że to był karny bardzo źle strzelony. Zasługą bramkarza Tytonia było wyczucie tego strzału. Nie dziwię się, że Smuda cieszył się z tego remisu.
Przemysław Tytoń przyklęknął w bramce i pomodlił się.
- Tak, i muszę panu powiedzieć, że widzę wzrastające zjawisko w wielkim sporcie, że coraz więcej zawodników różnych krajów wybiegając na boisku czy grając, robi znak krzyża. Takie zachowanie sportowców w momencie wielkiego napięcia, gdy idą do walki wydaje się instynktowne. To jest bardzo ciekawe zjawisko wśród różnych narodowości. Chciałbym zaakcentować, że to wzrasta.
A zastanawiał się pan, dlaczego piłkarze często po przeżegnaniu się całują kciuk?
- Dlaczego?
To jest gest z pocałowania krzyżyka po odmówieniu różańca.
- To mnie pan zaskoczył.
Porozmawiajmy teraz o meczu Polaków z Rosją.
- Sportowe spotkania Polaków z Rosjanami mają długą tradycję. Obfituje ona w bardzo ciekawe i dramatyczne zdarzenia. My potrafiliśmy rozegrać z nimi niebywałe spotkania. One zaczęły się od boksu. My gromiliśmy potężnych bokserów radzieckich na bokserskich mistrzostwach Europy w 1953 r. To był trudny okres, a my ich tam miażdżyliśmy. Większość finałowych pojedynków była polsko-radziecka. Na olimpiadach np. w Tokio było podobnie. W hokeju na mistrzostwach świata w Katowicach wygraliśmy kilkoma bramkami z niezwyciężonymi dosłownie zawodnikami radzieckimi. To był niewytłumaczalny wielki sukces polskiego sportu. Powiem szczerze, że do dziś nie rozumiem, jak wtedy udało nam się wygrać, gdy Związek Radziecki był nie do pokonania. Czy to się odnosi do dzisiejszego meczu? W pewnym sensie tak. Tradycja wskazuje, że może się coś stać niewytłumaczalnego. Polska drużyna musiałaby zagrać bardzo dobrze, wznieść się na wyżyny swoich możliwości. Ta drużyna przeszła ogromną pracę i chodzi o to, aby pojawił się błysk. Taki talent ponad miarę. Nie można go wykluczyć, choć boję się porażki. Ten mecz może pokazać, jacy oni są naprawdę. Czy jest w nich taka indywidualna osobowość? Są w momencie największej próby, choć powiem żartobliwie, że jak ja bym był piłkarzem w ich wieku, to umierałbym ze strachu, wychodząc na boisko przeciw drużynie tak dobrze przygotowanej. Wiem, że oni nie będą umierać ze strachu. Czy objawią swoją osobowość i to się złoży na cały zespół, który dziś zagra lepiej niż można przypuszczać? To marzenie.
Choć nawet jak przegramy z nimi, to nie wszystko jeszcze stracone.
- Jest jeszcze mecz z Czechami. Gdybyśmy z nimi wygrali, to mamy cztery punkty i szansę na wyjście z grupy. Niech nam pokażą, jacy są naprawdę. Niech sięgną do tej tradycji bokserów i hokeistów…
I siatkarzy Wagnera!
- Właśnie! Zapomniałem o tym zwycięskim finale z Montrealu. Dobrze, że pan przypomniał. Niech przekroczą siebie. Umieram ze strachu, ale niech to będzie zwycięstwo, jak kiedyś pod Radzyminem.

