Dr Barbara Fedyszak-Radziejowska: - Mam wrażenie, że wielu komentatorów i polityków sympatyzujących z rządzącą koalicją chciałoby wydarzeniom rozgrywającym się wokół krzyża przed pałacem prezydenckim nadać dość szczególne i niekoniecznie zgodne ze stanem faktycznym znaczenie – mamy oto uznać, że te wydarzenia stanowią początek ważnej (?) debaty o miejscu symboli wiary (katolicyzmu, chrześcijaństwa) w przestrzeni publicznej. Zgoda na taki charakter debaty wzmacnia tych, którzy poważny problem polityczny - w najlepszym znaczeniu tego słowa – chcą „przykryć” postulatami liberalnej lewicy, domagającej się w istocie rzeczy powrotu do czasów PRL, gdy w przestrzeni publicznej religijności miało być jak najmniej. Moim zdaniem jesteśmy świadomie i z premedytacją wtłaczani w ten zastępczy, a zarazem nieomal historyczny dla Polaków, spór.
Powinniśmy się bronić przed przyjęciem tego marketingowego projektu za rzeczywistość. Sedno problemu tkwi bowiem zupełnie gdzie indziej, dokładnie tam, gdzie jego początek. Wszystko zaczęło się bowiem od deklaracji Bronisława Komorowskiego, wtedy prezydenta–elekta, że krzyż sprzed prezydenckiego pałacu zostanie - z należytym szacunkiem - przeniesiony przed objęciem przez niego najwyższego urzędu w państwie. Nie usłyszeliśmy wtedy deklaracji, że jako prezydent będzie dążył do wyjaśnienia wszystkich okoliczności katastrofy smoleńskiej oraz podejmie szybkie działania, by zgodnie z wolą tysięcy ludzi gromadzących się wokół krzyża oraz zgodnie z polską racją stanu upamiętnić ofiary tej tragicznej katastrofy, a wśród nich poprzedniego Prezydenta III RP. Taka naturalna w demokratycznym kraju wypowiedź do dzisiaj nie padła.
Media pytają o intencje ludzi, którzy się modlą pod krzyżem, o motywacje polityków PiS-u, czy Jarosława Kaczyńskiego, ale o intencje prezydenta Komorowskiego nie pyta nikt. Komentatorzy milczą na temat powodów, które sprawiły, że wierzący katolik uznał za konieczne usunąć krzyż (postawiony jako symbol narodowej żałoby i pełniący rolę znaku pamięci) z przestrzeni publicznej. A przecież to ta pierwsza, otwierająca problem wypowiedź uruchomiła debatę o miejscu wartości i symboli chrześcijańskich w życiu publicznym. Moim zdaniem nie to było intencją prezydenta-elekta, chodziło raczej o zminimalizowanie społecznej pamięci o śp. Lechu Kaczyńskim.
Toczenie dzisiaj cywilizacyjnej debaty o świeckim państwie w imię postępowej, nowoczesnej Europy jest dla wielu obywateli pamiętających PRL groteską. Oni świeckie państwo już mieli w czasach PRL i w żadnej mierze nie kojarzą takiego państwa z nowoczesnością, tolerancją i wolnością.
Dodajmy do toczących się wokół Pałacu wydarzeń ostatnie sojusze PO–SLD zawarte w celu zmiany władz telewizji publicznej. To świetny moment na wprowadzenie przez lewicowych komentatorów, dziennikarzy i polityków tej sztucznie wywołanej debaty do mediów, które pomogą zatrzeć polityczny wydźwięk wypowiedzi Bronisława Komorowskiego. Przy jednym ogniu dwie partie - PO i SLD, jak mówiono w PRL, „upieką dwie pieczenie”. Z jednej strony zmarginalizowana zostanie pamięć o Lechu Kaczyńskim, a z drugiej – emocje widzów budzić będzie spór o miejsce wartości chrześcijańskich w życiu publicznym. Taka współpraca może pomóc „przebudować” (skąd my to znamy?) świadomość polskiego społeczeństwa i powołać do życia „nowy” elektorat lewicy, otwierając przed nią perspektywę powrotu do władzy.
A wszystko to dzieje się w atmosferze medialnego przyzwolenia na grubiaństwo, chamstwo i szyderstwa z modlących się, starszych i nie tylko starszych, ludzi. Jak w PRL...
not. żar
Podobał Ci się artykuł? Wesprzyj Frondę »

