Wybór arcybiskupa Stanisława Gądeckiego na nowego przewodniczącego Konferencji Episkopatu Polski to w istocie wybór kontynuacji linii zapoczątkowanej przez arcybiskupa Józefa Michalika. Rewolucji nie ma i nie będzie, a przewodniczący Konferencji Episkopatu Polski będzie nadal raczej koordynatorem niż wizjonerem, który wyznacza nowe kierunki. Ta linia jest zresztą absolutnie oczywista, jeśli weźmiemy pod uwagę sytuację prawną w Kościele (przewodniczący KEP nie ma i nie będzie miał władzy choćby porównywalnej z tą, którą miał Prymas Tysiąclecia), a także różnorodność sytuacji eklezjalnej.

Ale media, ukształtowane w duchu analiz politycznych, w których nieodmiennie najważniejsze jest kto kogo, jaka partia zwyciężyła, już zaczęły analizować, czy wybór nowego przewodniczącego oznacza klęskę czy sukces ojca Tadeusza Rydzyka (który w mediach pełni funkcję etatowego straszaka i negatywnego bohatera), i jak wypada na tym tle mityczny katolicyzm otwarty. Nie będę analizował tych wypowiedzi, bo w istocie nie ma to sensu. A nie ma, nie tylko dlatego, że jest to przykładanie politycznych kryteriów do niepolitycznej sytuacji, ale przede wszystkim dlatego, że w istocie – nie negując znaczenia przewodniczącego KEP – nie on jest najważniejszy dla przyszłości Kościoła.

O wiele ważniejsi dla głoszenie Ewangelii są bowiem zwyczajni proboszczowie i wikariusze, z którymi stykają się wierni, i którzy pokazują piękną (lub nie) twarz Kościoła, którzy potrafią (bądź nie) przyjąć z miłością zagubionych, pouczyć grzeszników i nakłonić ich do pokuty, ale także, którzy potrafią swoim życiem przyciągnąć młodych do Chrystusa. Od przewodniczącego KEP ważniejsi są także zakonnicy i siostry zakonne, które radykalizmem i radością ze swojego wyboru pokazują, że Ewangelia ma moc przemieniania życia, ale i darowania szczęścia. I wreszcie przyszłość Kościoła zależy od tysięcy katolickich małżonków, którzy potrafią pokazać, że wierność w świecie niewierności jest możliwa, że można otworzyć się na życie i rzeczywiście przyjmować dzieci jak dar, a nie traktować je jako zagrożenie.

Przyszłość Kościoła w Polsce wyznaczy również nasza odwaga w ewangelizacji. Bez niej, bez dynamizmu zaangażowania każdego (tak, tak) chrześcijanina, bez znalezienia sposobu, by opowiedzieć o tym, że Jezus Chrystus zmienia życie, że jest On Bogiem żywym, a nie ideą czy tradycją, Kościół stanie się tylko jedną z wielu, słabnących zresztą instytucji. Przewodniczący Konferencji Episkopatu, ani nawet najwspanialsi biskupi (a i oni są niezmiernie Kościołowi potrzebni) niewiele zmienią. A jeszcze mniej zmieni poprawienie PR-u. Chrystusa nie spotyka się bowiem (zazwyczaj) w programach publicystycznych czy w pochwałach dziennikarzy, ale w życiu, w drugiej osobie. W osobach konsekrowanych, kapłanach, biskupach i kochających się małżeństwach. A zatem zamiast zajmować się analizowaniem kto kogo, bierzmy się do ewangelizacji. To będzie dopiero realizowanie poleceń papieża Franciszka, który nie chce liberalizacji, ale ewangelizacji.

Tomasz P. Terlikowski