„Gdy naruszane jest prawo, trudno mówić o wolności słowa. Nie realizuje swobody wypowiedzi podniesienie obiektywnie nieprawdziwych zarzutów” - takim uzasadnieniem sędzia Zbigniew Szczuka zakończył wczoraj jeden z dłuższych i najgłośniejszych sporów sądowych o słowa” - relacjonuje patetycznie Gazeta Wyborcza. „Z kłamstwami na mój temat nie polemizuję, lecz żądam przeprosin, a jeśli ich nie ma - pozywam do sądu” - mówił Michnik. W marcu 2007 r. Krasowski - wówczas naczelny "Dziennika" - opublikował tekst "O rycerzach lustracyjnej wojny". Pisał o Michniku i Jarosławie Kaczyńskim. I stwierdzał: "Michnik poświęcił jedną trzecią życia na obronę byłych ubeków (...), legenda opozycji trywializowała się w kolejnych dowodach na to, że kolaboracja i sprzeciw były w istocie tym samym". Sąd w tym absurdalnym i trwającym 5 lat procesie miał uznać co autor miał na myśli i czy chciał celowo obrazić „nietykalnego III RP”.
Krasowski przekonywał, że nie chciał dokuczyć Michnikowi i może go przeprosić, choć swe opinie podtrzymuje. Zaproponował przeprosiny w sali sądowej. "Nie mogę się zgodzić na prywatne przeprosiny za publiczne lżenie" - odpowiedział Michnik i dodał, że nie bronił jedną trzecią życia esbeków. Krasowski podtrzymał swe wypowiedzi z tekstu i podkreślił, że nie chciał sprawić nimi przykrości Michnikowi. „Użyłem banalnych sformułowań, podobnych do innych występujących w debacie publicznej, typu: „używa mowy nienawiści”, czy „cechuje go jaskiniowy antykomunizm” - ocenił. Dodał, że "w ramach publicystyki można napisać, że 'Adolf Hitler był diabłem' oraz że 'Adolf Hitler był aniołem' "A że 'kochał Żydów'? - zareagował pytaniem Michnik. Krasowski odparł, że „teza publicystyczna może być także absurdalna lub fałszywa, ale nie powinna podlegać ocenie sądowej". Według Krasowskiego „z wielu pożytecznych inicjatyw", jakie były udziałem Michnika w ostatnich latach, "najbardziej wyrazista stała się akcja sprzeciwu wobec lustracji”. Na dowód przywołał wystąpienie Michnika w sprawie odebrania specjalnych uprawnień funkcjonariuszom b. UB - gdy stwierdził on, że „zrodzi to wołanie o krew i niebezpieczeństwo stosów”. „To wszystko powoduje, że Adam Michnik przez dużą cześć społeczeństwa zaczyna być kojarzony z bronieniem oskarżonych o agenturę, tak jak sprawy Lesława Maleszki, czy pisarza Andrzeja Szczypiorskiego” - powiedział. Michnik bronił się, że „kiedy doszło do naszej wiedzy, iż Maleszka był agentem, był jedyny raz w historii gazety, całe kierownictwo redakcji opublikowało oświadczenie jednoznacznie potępiające agenturalną działalność Maleszki. A przywoływanie Andrzeja Szczypiorskiego, który na podstawie dzikiej lustracji został zakwalifikowany jako agent - tym się brzydzę” - skomentował to Michnik. Krasowski replikował, że powszechnie wiadomo, iż Maleszka - już po ujawnieniu jego sprawy - nieoficjalnie pozostawał w „Gazecie Wyborczej”, skąd nadal otrzymywał teksty do redakcji - informowały wirtualnemedia.pl
Sąd uznał jednak, że Krasowski obraził Michnika. W uzasadnieniu sędzia odwołał się do kilku językoznawców. Według „GW” wyrok oparł głównie na ustnej opinii prof. Jerzego Bralczyka, który podkreślał, że w odbiorze przeciętnego czytelnika słowa Krasowskiego jednoznacznie godziły w dobre imię legendy opozycji. O złej woli Krasowskiego - zdaniem sądu - świadczyło to, że gdy zaraz po publikacji "Rycerzy..." został wezwany do przeprosin i zakończenia sprawy bez procesu, prowadzona przez niego gazeta odpowiedziała serią tekstów. - Kampanią przeciwko Adamowi Michnikowi, który pozywa dziennikarzy do sądu - mówił Zbigniew Szczuka. Tymczasem jego zdaniem Krasowski niesłusznie chował się za "tarczą opinii", faktycznie stawiając Michnikowi "czytelne zarzuty". Sąd zasądził od Krasowskiego 10 tys. zł zadośćuczynienia na rzecz Zakładu dla Niewidomych w Laskach. Wyrok nie jest prawomocny.
To już kolejny wyrok, który pokazuje jak wygląda w Polsce wolność słowa. Sąd ukarał już tylko tych, którzy użyli nieprawidłowych słów w opisie stosunku Adama Michnika do postkomunistów, ale również poetę (sic!) za jego opinię na temat środowiska "Gazety Wyborczej". Niestety Michnik nie dostrzega, że swoimi pozwami niszczy wolność słowa, o którą kiedyś walczył. Pozywanie publicysty przez drugiego publicystę jest sytuacją patologiczną i jest nie do pomyślenia w Stanach Zjednoczonych Ameryki, ani w żadnym innym normalnym kraju demokratycznym. To naprawdę nie jest kraj dla wolnych ludzi. I dzieje się tak dzięki byłym opozycjonistom.
Łukasz Adamski

