Po ujawnieniu rozmowy Serafina z Łukasikiem pojawiły się głosy, że dzięki niej Waldemar Pawlak pozbył się zagrażającego mu w partii Marka Sawickiego, a Donald Tusk po raz kolejny mógł się wcielić w rolę męża stanu, a przy okazji stłamsić koalicjanta. Kto zyska, a kto straci na ujawnieniu „taśm PSL”?


W tej chwili wygląda na to, że stracić mogą właściwie wszyscy ci, którzy znajdują się najbliżej pola rażenia tej afery. Serafin się skompromitował, ale nawet nie tym, że nagrał rozmowę z Łukasikiem, tylko tym, w jaki sposób się z tego tłumaczył. Ale on oczywiście jest w tej grze pionkiem. Chwilową przewagę nad konkurencją w partii osiąga Waldemar Pawlak. Ale być szefem ugrupowania, które nie dostaje się do Sejmu, gdyż przynajmniej według niedawnych sondaży znajduje się poniżej progu wyborczego, to nie jest powód do szczęścia. Jego co prawda ta sytuacja wzmacnia wobec wewnętrznej konkurencji, ale osłabia względem koalicyjnego hegemona, czyli PO. Ta partia wydaje się na pozór na tym zyskiwać, ponieważ może teraz znacznie twardziej traktować PSL, bez wielkiego ryzyka, że akurat obecnie ludowcy będą się zdecydowanie przeciwstawiać. Jednak awantura w centrum rządu nie jest korzystna dla jego wizerunku. W ślad za ukazywaniem wykorzystywania przez ludowców politycznych koneksji w uzyskiwaniu państwowych posad przypomniano, że PO również nie jest lepsza, a z uwagi na swoją pozycję w rządzie ma zdecydowanie więcej na sumieniu niż mniejszy koalicjant. Widać więc, że w przypadku tej afery zyski pojawiają się tu i ówdzie, ale straty mogą zdecydowanie przeważyć.

 

Czy „taśmy PSL-u” mogą przerodzić się w coś większego, czy może sprawa rozejdzie się po kościach?

 

Z takimi aferami nigdy nie wiadomo co i kiedy uruchomi lawinę zdarzeń. Po aferze Rywina, która dużo zmieniła, mieliśmy wiele kolejnych, które kończyły się niczym, przynajmniej gdy mówimy o centrowo-lewicowej stronie sceny politycznej. W przypadku PiS-u afera związana z Samoobroną miała kolosalne znaczenie. Ale w środowisku PO, satelickich środowiskach i partiach wszystko uchodziło de facto na sucho, tak jak w przypadku słynnej afery hazardowej. Realia medialne nie zmieniły się od tamtego czasu, więc w zasadzie można sądzić, że obecnie będzie podobnie. Aczkolwiek zawsze jest pewien cień nadziei, że tym razem wyborcy wyciągną wnioski. I że przynajmniej w sondażowych układankach okaże się, że to nie jest tak, że można robić wszystko i nie ponosić za to żadnych konsekwencji. A jeżeli poruszą się słupki w dół, zwłaszcza dla PO, to możemy być świadkami wykonywania rozmaitych ruchów, wraz z nasileniem się konfliktów wewnętrznych. Na szczycie władzy PO mogą pojawić się pomysły żeby uciec do przodu, żeby przeprowadzić przyśpieszone wybory wtedy, kiedy jest jeszcze szansa na zwycięstwo. Jak się bowiem zbiorą do kupy różne afery, fatalne rządzenie i niezrealizowane obietnice, to „taśmy PSL” mogą stać się zaczynem czegoś większego. To może być mieszanka wybuchowa, która obali rząd.

 

Ale czy to nie jest tak, że jednak głównym przekazem większości mediów jest wykorzystywanie państwowych funkcji przez PSL, a „kręcenie lodów” przez ludzi PO znajduje się na marginesie ich zainteresowania?

 

Nie do końca odnoszę takie wrażenie. Co prawda w telewizji, w szczególności prywatnych stacjch, z wyróżnieniem TVN, dziennikarze skupiają swoją uwagę prawie wyłącznie na PSL. Tylko lekko wspominają o tym, że inne partie nie są bez winy – płynie więc przekaz, że ogólnie wszyscy politycy są źli, a polityka to bagno. Mamy więc do czynienia z opowieścią o historii polskiej transformacji, a nie pokazaniem tego, co się dzieje tu i teraz. A przecież nie trzeba było taśm Serafina żeby widzieć, że w rolnictwie dzieje się tak, jak to zostało w rozmowie dwóch ludowców ukazane.

 

Przyznam, że moje zdziwienie wzbudziła niedawna publikacja „Gazety Wyborczej”, o tym, że w Mazowieckiej Jednostce Wdrażania Programów Unijnych pracują tylko członkowie PO, albo członkowie ich rodzin. Nie jest to medium, które znane jest z tego, że ukazuje patologię i korupcję w czasie rządów partii Donalda Tuska.

 

Tak, ja też byłem zdziwiony. Może była to forma rewanżu za jakieś działania PO, które się „Gazecie” szczególnie nie podobały. Może partia ta po raz kolejny zawodzi oczekiwania postępowców obyczajowych, nie mogąc paru rzeczy, na których im zależy, zrealizować. A może jest to zwykły ludzki odruch dziennikarzy na sytuację, w której PO przedstawiła się jako niewiniątko, chociaż powszechnie wiadomo, że nim nie jest.

 

Niektórzy publicyści utrzymują, że „taśmy PSL” wyszły na światło dzienne, gdyż rządzący chcieli nimi przykryć kolejne niepowodzenia związane choćby z aferą dotyczącą korupcji przy informatyzacji administracji, co spowoduje, że zapewne będziemy musieli zwracać środki do Unii Europejskiej, niekorzystnym dla rządu wyrokiem Trybunału Sprawiedliwości w sprawie ustawy hazardowej, co grozi wypłacaniem wysokich odszkodowań firmom hazardowym i kolejnym kompromitacjom PO w sprawie śledztwa dotyczącego tragedii smoleńskiej.

 

Nie mam wrażenia, że ta afera akurat ma za zadanie przykryć inne, gdyż te sprawy, o których Pan mówił, ciągną się w czasie. Śledztwo dotyczące katastrofy smoleńskiej trwa tak dugo, że trudno uznać by sprawa, która najprawdopodobniej będzie się toczyć jeszcze przez kilka dni mogła je przykryć. Sprawa funduszy to oczywiście będzie ważna informacja, ale wtedy, gdy trzeba będzie zwrócić te pieniądze. Wtedy może dojść do kolejnej burzy. Na razie to jest coś, co niespecjalnie ludzi interesuje, gdyż nie ma jeszcze konkretów ani widocznych efektów.

 

Szalejąca drożyzna, rosnące bezrobocie, spadająca produkcja przemysłowa – wielu ekonomistów jest przekonanych, że już na jesieni Polacy mocno odczują skutki kryzysu w naszym kraju. Czy w związku z tym Donald Tusk będzie chciał uprzedzić słabnące notowania swojej partii i zorganizuje przedterminowe wybory?

 

PO musi podjąć decyzję, czy chce za wszelką cenę trwać do końca, pogrążać się w kolejnych aferach, nieudolnie mierzyć się z sytuacją gospodarczą, o której Pan wspomniał i nie mieć zbytniej nadziei, że po tym uda się wygrać wybory. Donald Tusk może też spróbować zrobić coś teraz, kiedy jeszcze notowania nie są takie złe, z pewnym ryzykiem, że wybory można przegrać, chociaż sondaże na razie na to nie wskazują. PO mogłaby w ten sposób odnowić swój mandat i różnymi piarowskimi sztuczkami i zagraniami przekonywać, że mamy obecnie do czynienia z nowym otwarciem, że po rozbiciu „układu w PSL”, rząd naprawdę będzie mógł skutecznie zajmować się tym, co ważne dla Polski. Czarować, że tylko ta władza poradzi sobie ze złą sytuacją, która oczywiście nie jest jej winą, tylko rynków finansowych, kapitalizmu i wszystkich innych. Z drugiej jednak strony ludzie PO są tak bardzo przywiązani do swoich stołków, że nie będą chcieli za bardzo ryzykować ich utratę.

 

Sondaże opublikowane po Euro 2012 wskazywały na to, że PO zyskała wizerunkowo na imprezie. Czy Polacy zdają sobie sprawę z rzeczywistych kosztów jej zorganizowania? Niedawno opublikowany raport Instytutu Sobieskiego nie pozostawia na rządzących suchej nitki. Wynika z niego, że ponieśliśmy kolosalne wydatki, wiele inwestycji przez długi czas nie zostanie dokończonych, a Polacy odczują skutki nierozsądnych decyzji rządzących.

 

Polacy po części zdają sobie z tego sprawę, gdyż te kwoty w różnych miejscach się pojawiają. Póki co jednak, traktują je jako tą gorszą część przyjemności, której doświadczyli. Najboleśniej koszty Euro odczują żyjący w miastach, w których odbywały się mecze na mistrzostwach, one się bowiem straszliwie zadłużyły. Reszta Polaków niespecjalnie przejmuje się długami Poznania czy Wrocławia. Na razie nie dochodzi do powiązania faktów, wysokie koszty Euro – sytuacja na drogach. Jesteśmy przyzwyczajeni do tego, że w naszym kraju buduje się je powoli, że są z nimi ciągłe problemy. One zostaną przez rządzących złożone na karb trudnej sytuacji finansowej państwa. Sądzę, że dopóki nie dojdzie do bezpośredniego krachu w wypłacaniu pensji i emerytur, dopóty rządowi sytuacja gospodarcza nie zaszkodzi.

 

Rozmawiał Aleksander Kłos