W siedzibie „Rzeczpospolitej” wśród dziennikarzy o konserwatywnych poglądach, którzy przed kilkoma laty związali się z tym tytułem nastroje są minorowe. - To już koniec – mówi mi jeden z ważnych dziennikarzy. A inny dodaje, bez przesadnego optymizmu: „zdążyli przed wyborami”. Ale to wszystko mówią anonimowo. Nie chcą dawać nowemu właścicielowi powodów do zwolnień. - Jak ma nas rozstrzelać, to lepiej niech nie ma ku temu powodów – tłumaczą. I podobną linię przyjmują także politycy PiS. Jeden z nich otwarcie stwierdza, że sprawy nie są jeszcze rozstrzygnięte, więc nie należy przedwcześnie ferować wyroków, by nie zaszkodzić ekipie, która obecnie jest w „Rzeczpospolitej”.

 

Jednak wiele wskazuje na to, że są to płonne nadzieje. Już tylko przeanalizowanie, jakie były losy poprzednich tytułów przejętych przez Hajdarowicza, pokazują, że – najdelikatniej rzecz ujmując – nie ma on szczęśliwej ręki do nowych tytułów, i że jak na razie udaje mu się jedynie doprowadzać je do upadku. Tak stało się z „Przekrojem”, i wiele wskazuje na to, że tak stać się ma również z „Rzeczpospolitą” czy „Uważam Rze”. Oczywiście nic nie stanie się nagle. Ekipa będzie się zmieniać stopniowo, kręgosłupy będą testowane, a gdy przyjdzie odpowiedni moment wówczas podejmie się decyzję – entuzjastycznie skomentowaną przez platformianych dziennikarzy – o przejściu w świat wirtualny, najlepiej płatny. I tak z rynku zniknie jedyny – poza „Naszym Dziennikiem” - opozycyjny dziennik i jedyny poza „Gazetą Polską – świecki opozycyjny tygodnik. Oba one, odpowiednio wcześniej wykastrowane z niezależności – stracą w międzyczasie sporą część czytelników, co także będzie istotnym elementem pozwalającym na ekonomiczne uzasadnienie decyzji.

 

A że będzie to oznaczało wyrzucenie pieniędzy w błoto? To nie znowu tak wielki problem. Polityczne uwikłania NFI Jupiter, która w znacznym stopniu finansowała tę transakcję, były opisywane od dawna. Oskarżenia o pranie brudnych pieniędzy – to dla tego NFI nie pierwszyzna. Trudno też nie zauważyć, że jednym z bliskich partnerów biznesowych Hajdarowicza jest były szef kontrwywiadu wojskowego i wiceszef WSI Kazimierz Mochol, który – jak informuje dzisiejszy „Nasz Dziennik” - zamieszany był w przygotowywanie prowokacji przeciwko Romualdowi Szeremietiewowi. Ówczesny minister obrony narodowej Bronisław Komorowski chciał go mianować generałem brygady i szefem WSI, ale nominację zablokował Aleksander Kwaśniewski...

 

Dziwne powiązania, ścisła tajemnica otaczająca transakcję nie pozostawiają większych złudzeń, co do przyszłości niezależnego dziennikarstwa w „Rzeczpospolitej” i „Uważam Rze”. - To raczej nie jest kwestia pytania: „czy”, ale „kiedy” - mówi mi jeden z konserwatywnych dziennikarzy. Ale i w nim tli się jeszcze resztka nadziei. - A może jemu jednak chodzi o pieniądze? - dodaje. Oby, choć nadzieja to raczej abrahamowa, niespecjalnie oparta na faktach. Nie ma co jednak udawać, że dla Polski lepiej, by było, by Grzegorz Hajdarowicz wybrał zysk z mediów, a nie z polityki!

 

Tomasz P. Terlikowski