"Rzeczpospolita" ustaliła, że przed podjęciem decyzji, ludzie z otoczenia Jarosława Kaczyńskiego badają jak wyborcy i lokalni działacze PiS przyjmą decyzję o ewentualnym wyrzuceniu Ziobry (i być może kilku jego zwolenników) z partii. I na razie są z efektów zadowoleni. -Coraz więcej pojawia się głosów, że "Ziobro to zdrajca" - nie skrywa zadowolenia w rozmowie z "Rz" jeden z partyjnych baronów. - Na początku była dezorientacja w partii, wielu ludzi kręciło głowami i mówiło "coś w tym jest, co mówi Zbyszek". Ale im więcej czasu upływa, tym bardziej to się zmienia - opowiada gazecie jeden z bardziej znanych regionalnych działaczy PiS. - Ziobro traci na popularności w strukturach. Można powiedzieć, że każdego dnia ubywa mu szabel – mówi w "Rz" członek władz PiS i zaufany współpracownik prezesa Kaczyńskiego. Gazeta ujawnia, że scenariusz w partii jest taki, by doprowadzić do sytuacji, w której Ziobro sam odejdzie z partii. By to zrobić trzeba go przeczołgać - Takim rozwiązaniem byłaby np. kara nagany z wpisem do akt i zakaz publicznego występowania - mówi "Rz" członek Komitetu Politycznego PiS.
Zbigniew Ziobro powiedział w wywiadach dla „Uważam Rze” i „Naszego Dziennika” to co od dawna wielu sympatyków PiS widzi. Po każdych przegranych przez PiS wyborach (a było ich już sześć) znani politycy tej partii mówią o potrzebie reformy PiS. Niestety wszyscy kończą jako „zdrajcy”. Doświadczenie pokazuje, że politycy, którzy są „mordowani politycznie” nie są w stanie odnieść sukcesu z nowym ugrupowaniem. Niektórzy więc wracają do PiS z podkulonym ogonem. Inni lądują poza polityką. Traci na tym tylko prawica, która zamienia się w skansen niezdolny do odniesienia jakiegokolwiek sukcesu. Jarosław Kaczyński i Donald Tusk to bardzo podobni politycy, którzy nie znoszą sprzeciwu we własnych szeregach, szukają spisków i kochają władzę. Do niedawana Tusk mordował za pomocą mydła w wannie albo skórki od banana na podłodze. Kaczyński robił to w bardziej spektakularnym stylu. Dziś po przejęciu pełnej władzy premier publicznie wykańcza Grzegorza Schetynę, co w jego partii było do tej pory nie do pomyślenia. On jednak może to robić. Wygrał po raz kolejny wybory i poparło go prawie 40% Polaków. Na dodatek coraz więcej znanych polityków chce wstąpić do Polskiej Zjednoczonej Platformy Obywatelskiej. PiS zaś musi znaleźć pomysł by dotrzeć do szerszej grupy niż 30% społeczeństwa. Czy zrobi to z Kuchcińskim, Brudziński, Błaszczykiem, Jurgielem jako gwiazdami medialnymi? Prof. Jadwiga Staniszkis ma swoje zdanie na ten temat. „W swojej wyborczej książce, która popsuła mu koniec kampanii, Jarosław Kaczyński nazywa polityków PJN "zbyt ambitnymi". Ja nazywam nawet Kurskiego i Ziobrę, których wady znam, "nadambitnymi". Ale przecież ambicja to ważny czynnik w polityce. Stawianie politykom zarzutu, że są ambitni, to także logiczny absurd. Trzeba się nauczyć z ich ambicji korzystać. Wygląda jednak na to, że Kaczyński uważam że do ambicji prawo ma tylko on. On i nikt inny”- zauważa zaś Piotr Zaremba.
Po tych wyborach w szeregach PiS-u zadebiutowało kilku naprawdę zdolnych ekspertów. Czy będą jednak eksponowani w mediach? A co jak zaczną mówić o reformach partii? Czy zamienią się manekiny bojące się odezwać. Bycie w wiecznej opozycji jest w końcu wygodne i opłacalne finansowo. Chyba tylko naiwniak może wierzyć, że w Polsce możliwa jest drugi Budapeszt a PiS powtórzy sukces Fideszu. Istnieje obawa, że po wyrzuceniu Ziobry i jego szabelek PiS zamknie się w getcie, które spowoduje, że za cztery lata partia zdobędzie 25% głosów i znów sztab partii uzna, że za porażkę winić należy media i wewnętrzną opozycję. Po siódmych przegranych wyborach PiS będzie czekał aż Polakom PO się znudzi. Oby wcześniej krytykom PO nie znudził się Jarosław Kaczyński jako szef partii manekinów.
Łukasz Adamski

