Marta Brzezińska: Roman Giertych poinformował o planach utworzenia Instytutu Myśli Państwowej, w którym mają działać m.in. Michał Kamiński, Stefan Niesiołowski i Kazimierz Marcinkiewicz. Niektórzy politolodzy oceniają ten krok jako element szerszych działań, mających na celu stworzenie tzw. koncesjonowanej prawicy. Jak Pan ocenia nowy think tank?


Marcin Palade: Wielu politologów przy okazji tworzenia Ruchu Palikota wskazywało, że ta "nowa" inicjatywa jest elementem szerszej strategii Donalda Tuska. Jej celem było zagospodarowanie części niezadowolonych, socliberalnych wyborców PO, którzy mogli trafić pod skrzydła SLD. A dzięki medialnemu "podkręceniu" biłgorajskiego filozofa zostali zatrzymani w połowie drogi. To z kolei pozwoliło na utrzymanie rządowo-parlamentarnej większości z pod znaku PO-PSL. Jednak jej obecna przewaga na Wiejskiej jest minimalna, stąd  obserwowany w ostatnich tygodniach zabiegi na lewo i na prawo od PO. Po pierwsze obserwujemy wygaszanie "produktu" Ruch Palikota. Z ust niektórych liderów Platformy płyną deklaracje o otwarciu tej formacji na "niezadowolonych" parlamentarzystów Ruchu. Kilka, czy kilkanaście szabel tych, którym marzy się przedłużenie obecności w Sejmie, to szybkie i potrzebne PO zasilenie. Z drugiej strony do gry próbuje wejść, nagłaśniane przez Wyborczą, TVN, czy TOK FM, środowisko politycznych singli. Być może to im wyznaczono zadanie rozmiękczania elektoratu centroprawicowego, prorynkowego ekonomicznie, a tradycyjnego światopoglądowo, który znajduje się między PO a PIS. Inną ewentualnością jest to, że grupa polityków z Instytutu Myśli Państwowej, to "tajna broń" prezydenta Komorowskiego, który w 2015 roku chce pójść do wyborów jako ojciec narodu i potrzebuje "prawicowego kwiatka do kożucha". Przypomnijmy, że liderzy IMP to w dużej mierze ludzie, którzy z Prezydentem maszerowali 11 Listopada ubiegłego roku. A znając niektórych z wymienionych przez Panią, grają - tak jak od lat - na wiele ewentualności, po to, żeby się "załapać" na estabishmentowy okręt. Brać pieniądze od polskich podatników i brylować w wiodących mediach.

 

Pańskim zdaniem istnieją realne szanse, by nowy think tank przepoczwarzył się w partię polityczną?

 

Pewnie końcowym etapem tego przekomicznego liftingu jest jakaś forma politycznego zaangażowania. Czy będzie to partia samodzielnie startująca w wyborach? Wątpię. Spora część założycieli to zgrane karty, nie wnoszące nic pozytywnego do sfery publicznej. Pewnie zadowolą się dobrymi miejscami na listach. Oczyma wyobraźni już widzę Michała Kamińskiego, startującego z Warszawy, Kazimierza Marcinkiewicza z okręgu Szczecin-Gorzów, Leszka Moczulskiego z Krakowa, czy Wojciecha Wierzejskiego z Lublina. Ale nie za bardzo widzę dziesiątek tysięcy głosów wyborów, które dałyby im możliwość zarabiania  worków euro miesięcznie w Brukseli i Strasburgu do 2019 roku i delektowania się świeżymi owocami morza. Dlaczego wyborcy PO mieliby wskazywać ochoczo na gnębiącego ich partię do 2007 roku Kamińskiego, czy Marcinkiewicza, który sponiewierał "ciamciaramcią" ich lidera Donalda Tuska? Kilkuletni czyściec dla ex PIS-owców, to może być zdecydowanie za mało, mimo "błogosławieństwa" dla przyzwoitych endeków przez Adama Michnika, czy ekipę z Wiertniczej.


W skład insytutu mają wejść osoby, które już dawno wypadły z politycznej gry (Giertych, Kamiński, Marcinkiewicz). Może ten think tank to ich pomysł na powrót do niej?

 

Każdy z tych przypadków trzeba rozpatrywać oddzielnie. Roman Giertych po klęsce wyborczej w 2007 roku wrócił do zawodu. Choć - co należy podkreślić - nie wycofał się z komentowania spraw bieżących. Zostawiając sobie furtkę do ewentualnego powrotu do polityki, co właśnie się stało za sprawą Instytutu. Kolejny przypadek - Michał Kamiński to wiercący się mocno na brukselskim stołku polityk, którego jedyną szansą dalszej publicznej egzystencji jest przyklejenie się do PO. Nigdzie bowiem więcej ten z zawodu polityk, nie może liczyć na cokolwiek. A wiadomo, że od kilkunastu lat podoba mu się sytuacja, w której czy to polski, czy europejski podatnik daje mu się dobrze "najeść i zgasić pragnienie". Mamy w tym szacownym gronie Kazimierza Marcinkiewicza, na którego kompetencjach nie poznał się do końca Goldman Sachs i uczynił go bezrobotnym. A przecież ma na utrzymaniu nową rodzinę. Z politycznego niebytu wyłonił się przy Instytucie Leszek Moczulski. Ten, co to wstąpił do PPR w latach czterdziestych, by - jak mówił po latach - "rozwalać partię od wewnątrz". Jest też kilku czynnych polityków PO. W tym szanowany przeze mnie poseł Jacek Żalek. Trochę niepasujący mi do tego towarzystwa.

 

Rozmawiała Marta Brzezińska


zdjęcia: fakt.pl