Sroczyński nie pozostawia wątpliwości, że desperacki krok byłego policjanta jest tylko i wyłącznie terroryzmem. „Terroryści - niezależnie jakie przesłanki nimi kierują, a bywają przecież te przesłanki szlachetne - są w demokratycznych krajach piętnowani i izolowani. Tymczasem u nas Andrzeja Ż. odwiedza w szpitalu premier. I ogłasza, że stosowne służby po raz kolejny sprawdzą jego doniesienia. Jednym słowem: cel terrorysty został osiągnięty. Znajdą się zapewne następni chętni” - oznajmia Sroczyński.

 

A ja napiszę krótko. Nie wiem, czym Andrzej Ż. Ma we wszystkim rację, ale wiem, że jego przypadek po raz kolejny pokazał, że z naszym państwem nie wszystko jest tak, jak powinno. Uważam też, że określanie mianem terrorysty człowieka, który dokonał aktu samospalenia, jest przynajmniej nie na miejscu. A jeśli, tak jak ma to miejsce w tym konkretnym przypadku, służyć to ma wyłącznie zbudowaniu wrażenia, że nic się nie stało, i że w zasadzie nie powinniśmy zajmować się tą sprawą, bo może ona zaszkodzić premierowi w reelekcji, to jest to zwyczajne sk...wielstwo. Tak wiem, że to mocne słowa, ale czasem trzeba ich użyć!

 

Samuel Bracławski