Jesteśmy na wojnie – napisał w swojej polemice z „umiarkowanymi konserwatystami” (to, żeby nie było wątpliwości o portalu Fronda.pl) prezes Młodzieży Wszechpolskiej Robert Winnicki. I jego zdaniem z tej prostej konstatacji ma wynikać, że metody stosowane przez część działaczy ONR czy MW mają być przyjmowane w pokorze, a każdy kto je krytykuje „strzela serią w plecy” dziarskim obrońcom rodziny i tradycji przed homoseksualną ofensywą.
I choć zgadzam się z tezą, że rzeczywiście trwa wojna o kulturę, o rodzinę o przyszłość naszej cywilizacji, to kompletnie nie zgadzam się z wnioskami, jakie z tezy tej wyprowadza Winnicki i podobnie jak on myślący. Otóż wojna, o której mowa ma być – przynajmniej po naszej stronie – prowadzona w duchu chrześcijańskim. Ma być zwyciężaniem zła – dobrem, a nie zła innym złem. Nienawiść, niechęć, złość, agresja w wydaniu często chuligańskim nie może i nie powinna być usprawiedliwiana szczytnymi celami. Cel bowiem, i jest to podstawowa zasada myślenia chrześcijańskiego i konserwatywnego, nie uświęca środków.
Stara chrześcijańska koncepcja wojny sprawiedliwej przypomina nie tylko o tym, że musi być ona prowadzona w dobrej intencji, musi być obronna, ale także, że prowadząc ją zachować trzeba szacunek dla przeciwników, że nadal trzeba dostrzegać w nich godnych szacunku ludzi. Tam, gdzie tracimy ten wymiar, gdzie brak nam tej świadomości, gdzie pojawia się pogarda (i brak próby walki z nią), tam wojna przestaje być sprawiedliwa, a bojownicy przestają być chrześcijańskimi rycerzami, a stają się bojówkarzami, których działania wcale nie przynoszą korzyści sprawie.
Nie jest też tak, że z samego faktu bycia przeciwko tym samym zjawiskom wynika jednoznacznie wspólnota poglądów. Hitler był przeciwko komunizmowi, ale to w niczym nie zmienia faktu, że poważni antykomuniści, szczególnie konserwatywni, nie powinni byli mieć z nim nic wspólnego. Stalin był przeciwko faszyzmowi i hitleryzmowi, ale w niczym nie zmienia to faktu, że nie ma rozsądnych powodów, by antyfaszystowski konserwatysta maszerował z nim ramię w ramię. I w tej sprawie jest podobnie (zachowując proporcje, bo nikt nie porównuje ONR do totalitarnych systemów). Z faktu, że sprzeciwiamy się gejowskiej propagandzie, wcale nie musi wynikać wspólnota poglądów (choć w pewnych kwestiach ona niewątpliwie istnieje). Odmienne są bowiem nasze cele, a nie tylko środki. Dla nas liczy się dobro osób homoseksualnych, ich nawrócenie, odmiana życia czy choćby ich własna godność. Wojnę toczymy więc nie tyle z nimi, ile o nich. Nie da się tego powiedzieć o „dziarskich radykałach”...

