Argumenty Jarosława Klejnockiego, bo o nim mowa, choć trudno nie potraktować ich poważnie, prowadzą mnie jednak do odmiennych od jego wniosków. I do stwierdzenia, że zamiast likwidacji egzaminu dojrzałości, który niczego już nie dowodzi, lepiej zaostrzyć i zmienić jego kryteria i doprowadzić do sytuacji, w której matura będzie jednak coś znaczyła, a nie przekształci się w nic nie znaczący, szczególnie w obliczu kryzysu demograficznego świstek papieru.
Pierwszy (końcowe argumenty z kosztów i stresu pomijam) zarzut Klejnockiego doskonale potwierdza takie myślenie. Wieloletni (charyzmatyczny, co muszę i ja, choć zasadniczo się w kwestiach ideologicznych z profesorem nie zgadzałem) nauczyciel uznaje, że nowa matura nie sprawdza wiedzy. „To rodzaj testu, który nie tyle sprawdza rzeczywistą wiedzę (i umiejętności) abiturienta nabytą podczas lat nauki w szkole ponadgimnazjalnej (i wcześniej), ile raczej jego intelektualną dyspozycję danego dnia. Brutalnie mówiąc - w tym kształcie jak dzisiaj można zdać maturę, w ogóle do szkoły nie chodząc. Wystarczy doza oczytania i standardowej inteligencji, generalnej orientacji w świecie i właściwego wychowania w domu rodzinnym. Przynajmniej jeśli idzie o szeroko rozumianą humanistykę. Z przedmiotami ścisłymi czy przyrodniczymi rzecz jest nieco bardziej skomplikowana, ale i tu można sobie wyobrazić, że da się dość łatwo przygotować eksternistycznie młodego człowieka do przejścia tej próby. Poza tym matura w dzisiejszym kształcie nie mówi zbyt wiele o osobowości (a zwłaszcza erudycji) absolwenta, jego możliwościach czy - chociażby - potencjalnych pasjach oraz perspektywach rozwoju. Diagnozuje, jak powiedziano, tylko umiejętność rozwiązania konkretnych zadań "na dziś". Czy ta umiejętność przekłada się na perspektywę twórczego studiowania? Otóż praktyka akademicka potwierdzona świadectwami licznych nauczycieli daje dowody, że niekoniecznie. Ci, którzy nawet koncertowo zdali maturę w obecnym kształcie, nieczęsto okazują się wybitnymi studentami, bo na uczelni oczekiwana jest raczej kreatywność i samodzielność myślenia, a kształcenie do matury tych walorów bynajmniej nie wzmacnia i nie rozwija” - oznajmia. I trudno się z nim nie zgodzić. Zamiast jednak likwidować maturę trzeba przywrócić jej starą formę i sprawdzać oczytanie, umiejętność pisania, formułowania własnych wniosków, a nie zdolność do rozwiązywania testów według klucza.
Drugi argument jest już mniej oczywisty, ale i on wynika z założeń reformy, jaką przeprowadzono kilka lat temu. U jej podstaw leży założenie, że matura ma być przepustką na studia. A jak, słusznie wskazuje Klejnocki, w obliczu kryzysu demograficznego na wiele kierunków i tak przyjmuje się niemal każdego, a za lat kilka będzie jeszcze gorzej, więc nie ma co utrzymywać fikcji egzaminu. I znowu, jak poprzednio, trzeba postawić pytanie, czy matura ma być dla każdego i czy ma być ona jedynie egzaminem na studia, czy też ma mieć inne funkcje. Jeśli inne, to może powróćmy do przedwojennego założenia, że ona rzeczywiście jest pewnym kryterium dojrzałości społecznej, i że nie tylko nie każdy musi ją zdać, ale i nie każdy musi studiować. Skutkiem będzie upadek wielu uczelni, ale może lepiej, by pozostały najlepsze, niż byśmy wypuszczali z tytułami magistrów ludzi, którzy mają poziom wiedzy gimnazjalistów... I wyjściem nie jest pozostawienie selekcji uczelniom, bo przecież nie każdy maturzysta musi iść na studia, a dojrzałość jest wymogiem, jaki stawiamy w wielu zawodach nie tylko związanych ze studiami. Policjant czy wojskowy zwyczajnie powinien mieć świadectwo dojrzałości, by móc wykonywać swój zawód, i byśmy mieli pewność, że prezentuje on choćby minimalny poziom uspołecznienia i wiedzy.
Oczywiście, żeby to, o czym piszę zaczęło być realizowane trzeba wyrzucić na śmietnik nową maturę (i tu się zgadzam z Klejnockim) i zastąpić ją maturą jako autentycznym egzaminem dojrzałości. To wymaga odwagi, bo niestety mogłoby się okazać, że kształceni przez lata do pisania testów uczniowie gremialnie nie zdawaliby matur, a to by pogorszyło statystyki. Może i tak by było, ale to jedyna droga, by uzdrowić edukację. Jeśli tego nie zrobimy, to niebawem w ogóle trzeba będzie znieść jakiekolwiek oceny, żeby nie stresować uczniów, a w obliczu kryzysu demograficznego nie będzie powodów, by w jakikolwiek sposób uczniów segregować...
Tomasz P. Terlikowski
