Prawo i Sprawiedliwość, choć trudno mówić wielkim sukcesie, poprawiło wynik z poprzednich wyborów samorządowych. I to mimo iż od kilkunastu dni w mediach trwał festiwal przekonywania wyborców, że na partię tę nie warto głosować, że jest ona całkowicie skończona, a Jarosław Kaczyński stracił już całkowicie kontakt z rzeczywistością. Mimo tak wytrwałych starań (a może właśnie dzięki nim) PiS zdobył 27 procent głosów. I to w sytuacji, gdy – jak to wynikało z wielu rozmów – nawet część samorządowców była mocno zdezorientowana tym, co się działo.

Wynik ten jednak całkowicie jednoznacznie pokazuje, że podział na PO i PiS będzie nadal określał scenę polityczną. Nie ma – a pokazują to całkowicie jednoznacznie sondaże, które formacji Joanny Kluzik-Rostkowskiej dają 4 procent poparcia – na razie zapotrzebowania na inne formacje polityczne. A prawicowi wyborcy (niezależnie od wszystkich zastrzeżeń do PiS-u) generalnie wybierają tę właśnie partię (i to nawet w sytuacji, gdy jej liderzy zmuszają ich w Warszawie do głosowania na kandydata, który był w wielu kwestiach bardziej liberalny niż Hanna Gronkiewicz-Waltz).

Konserwatyści zatem, zamiast ekscytować się próbami budowania nowych ugrupowań (szczególnie takich, których liderzy są za aborcją, za in vitro i za wydawaniem większej ilości pieniędzy na inwigilację rodzin) powinni zabrać się za spokojne przesuwanie PiS-u w prawo. To się może udać. Zachowanie Jarosława Kaczyńskiego w sprawie in vitro było ostatnio inne niż jeszcze jakiś czas temu. A posłowie (niemal jednogłośnie) zagłosowali nie tylko za projektem Bolesława Piechy, ale również za rozwiązaniami proponowanymi przez Teresę Wargocką.

I właśnie w takim kontekście trzeba mówić o możliwości powstania projektu polskiej Tea Party. Nie musi ona oznaczać jakiegoś nowego ugrupowania (bo na nie – przynajmniej na razie – w Polsce nie ma miejsca), ale raczej grupę nacisku katolickiej opinii publicznej na istniejące już formacje. Mocne stanowiska, jednoznaczne opinie, ale także próba budowania sieci politycznych i intelektualnych wpływów w PiS– to jedyna droga (przynajmniej na razie) poszerzania możliwości działania konserwatystów i katolików. PiS nie jest wprawdzie wciąż partią konserwatywną, ale można próbować mocniej przepchnąć ją w taką stronę. Czy się to uda, nie wiem, ale innej drogi w tym układzie politycznym nie ma.

A siła taka jest konieczna. PO wyraźnie przesuwa się w lewo, a lewicowcy - choć bez sukcesów wyborczych - zaczynają odgrywać coraz mocniejszą rolę w przestrzeni debaty publicznej (czego przykładem są choćby próby blokad legalnych marszów czy coraz większe wpływy medialne lobby homoseksualnego). Bez polityków, bez w miarę konserwatywnej formacji politycznej, nie da się zatrzymać tego marszu. Nadzieje na to, że w szybkim tempie uda się stworzyć taką partię są płonne. Trzeba zatem wpływać na formacje, które istnieją, i cieszą się poparciem wyborców o konserwatywnych poglądach.

Tomasz P. Terlikowski

/

Podobał Ci się artykuł? Wesprzyj Frondę »