Od kilku dni trwa – także w środowiskach katolickich – nieustanna polemika czy debata nad moją reakcją na tekst ks. Mieczysława Puzewicza. Część uznaje ją za przesadzoną, za ostrą czy nieodpowiednią, inni wskazują na jakieś braki teologiczne czy polemizują z tezami, których nie głosiłem (na przykład nigdzie nie napisałem, że niebo jest zamknięte dla osób dotkniętych skłonnością homoseksualną). Z częścią uwag mogę się zgodzić, z innymi zupełnie, a jeszcze inne dają do myślenia. Ale jedno aż rzuca się w oczy. Postępowi komentatorzy, a w ich ślad także postępowi katolicy, z dziką rozkoszą określają wskazanie, że jakieś poglądy są heretyckie, „inkwizytorstwem”. W ich ustach zaś „inkwizytor” jest najgorszą z możliwych obelg, stygmatem niemal nie do zmycia. Herezja zaś jest ciekawą odmianą po mękach ortodoksji czy dowodem na „myślową otwartość” teologa czy kapłana.

 

Dla wierzącego katolika, kogoś kto świadomy jest własnej wiary, a nie tego, co serwują my jako jej substytut (wyrób katolikopodobny, który ma mniej więcej tyle wspólnego z katolicyzmem, ile czekolada z wyrobem czekoladopodobnym, który pamiętam z lat mojego dzieciństwa), ta podmianka jest jednak nie do zaakceptowania. Oczywiście można spierać się o to, czy każdy inkwizytor odpowiednio spełniał swoje zadanie, czy czasem nie brakowało w działaniach miłości, ale nie sposób nie dostrzec, że ostatecznie jego celem było strzeżenie prawdy, służba Chrystusowi i Kościołowi, uważne przyglądanie się, czy przypadkiem ktoś jej nie narusza. Służba ta wyrastała zaś z miłości do ludzi i miłosierdzia. Te ostatnie nie istnieją bowiem bez Prawdy. Miłosierdzie i miłość bez Prawdy przekształcają się w swoje zaprzeczenie. Fałsz zaś w dziedzinie religijnej czy moralnej może doprowadzić nas do wiecznego potępienia. Herezja (nawet jeśli sam heretyk rzeczywiście – co często – szczerze szukał Prawdy i dzielnie wyznawał swoje fałszywe przekonania) jest zaś właśnie fałszywą drogą, która może nas doprowadzić w miejsce, w którym nie chcielibyśmy przebywać.

 

Z tej perspektywy zagrożeniem dla wiary nie jest inkwizytor (choć czasem jego nadgorliwość może odpychać czy prowadzić do działań niegodnych), ale heretyk. Niestety współczesny świat, którego kategorie przenikają także do Kościoła, buduje wrażenie, że zagrożeniem jest Prawda i Jej obrońcy, a nie ci, którzy za wszelką cenę (nie zamierzam kwestionować ich intencji, bo ich nie znam) starają się rozmyć jasne nauczanie Kościoła w kwestiach moralnych czy dogmatycznych i zastąpić ją mglistymi, łzawymi historyjkami, które z Ewangelią czy nauczaniem Kościoła niewiele mają wspólnego, ale za to dobrze sprzedają się w mediach czy na blogach. I trzeba o tym pamiętać zanim miotnie się w kogoś epitetem „ty inkwizytorze”...

 

Tomasz P. Terlikowski