Taką wersję „dziennikarze” „GW” przyjmowali od początku. Oni „wiedzieli”, że całą winę za katastrofę ponosi Lech Kaczyński. Piloci, generał Błasik byli przez niego zahipnotyzowani i przerażeni. Niestety raport MAK, choć spełnił częściowo oczekiwania Czerskiej, okazał się zbyt łagodny dla „pogromców Kaczora”. Później, na moment, Bogdan Wróblewski, pokazał swoim kolegom z redakcji na czym polega dziennikarstwo. Ale dziś wszystko wróciło do normy. I Roman Imielski sformułował tezę, że… załoga wciąż czekała na decyzję prezydenta, gdzie ma lądować, ale się nie doczekała.
Oczywiście w tekście Imielskiego nie ma mocnej tezy o winie prezydenta. Nie ma w nim nawet stwierdzenia, że gdyby decyzja zapadła, to do katastrofy by nie doszło. Jest on jednak klasyczną mową insynuacji, podejrzeń, budowania atmosfery odpowiedzialności moralnej. Za dwa, trzy dni – jak to było ze sprawą lądowania w Gruzji – nikt już nie będzie pamiętał, co dokładnie napisali „dziennikarze” GW, ale jasne będzie, że prezydent maczał palce we własnej śmierci. I nie ma co ukrywać, że wiele wskazuje na to, że o to właśnie chodzi. Stenogramy ujawnione przez ministra Millera jednoznacznie wskazują na to, że ku śmierci naprowadzili Polaków Rosjanie (nie rozstrzygam celowo czy nie). A tu nagle, dwa dni po tyc materiałów, jedna z głównych polskich gazet wraca do tematu, który dawno został odrzucony.
Jakoś trudno nie zadać pytania: po co? I trudno nie uznać, że jest to zwyczajne zaprzaństwo, stawianie wyżej interesu własnego środowiska politycznego, niż interes Polski.
Tomasz P. Terlikowski
Podobał Ci się artykuł? Wesprzyj Frondę »

