Ale dodałbym do tego jeszcze jedno. Im więcej lat mija od ukończenia edukacji, tym lepiej widzę, jak wielką rolę odegrali w moim życiu nauczyciele. Nie wszyscy, rzecz jasna, ale tych kilkoro, którzy wypełniali swój zawód z pasją i zaangażowaniem. Wielu z nich pewnie obecnie całkowicie nie zgadza się z tym, co robię. Dla wielu jestem porażką wychowawczą, ale – niezależnie od tego, jaki sami wyznają światopogląd – oni wpłynęli na mnie w sposób niewyobrażalny.
Tak było z polonistką z czwartej klasy podstawówki, partyjną i zaangażowaną, która nauczyła mnie cieszyć się słowem, wymyślać historię i płynąć wraz z opowieścią. I z panią od historii (szczerze mówiąc nie mam pojęcia, jakie miała poglądy), która prowadziła przez meandry Piastów. Tak było z historykiem z liceum (zniknął ze szkoły, bo musiał utrzymać czwórkę dzieci) i z jego żoną – polonistką, która zaraziła mnie pasją do pozytywizmu (romantyzmu wtedy nie trawiłem). I jeszcze matematyczka pani Garło, która – choć nie była w stanie sprawić, bym zaczął uczyć się matematyki – to prowadzała nas na grób Grzegorza Przemyka i zamawiała mszę za jego duszę. A poza tym wychowawcy (z podstawówki i liceum), biolog, który później został dyrektorem mojej szkoły, a światopogląd ma zupełnie inny niż ja, i który pewnie pluje sobie w zęby, że mnie przepuścił. Im wszystkim za czas, zaangażowanie, pasję wychowawczą dziękuję, bo teraz – po kilku latach pracy w szkole i na uczelni, a także po tym, jak moje dzieci trafiły do szkół widzę, jak ważna jest ich praca, i jak mocno wpływa ona na życie człowieka. I to nie tylko w tamtym okresie, ale także wiele lat później. Oni współkształtują człowieka i to zostaje o wiele dłużej niż wszystkie napisane teksty.
Tomasz P. Terlikowski
