Nie jestem historykiem, i nie zamierzam oceniać warsztatu historycznego Piotra Zychowicza. Nie mam też kompetencji, by przebadać wiarygodność źródeł czy miarodajność wniosków do jakich dochodzi publicysta historyczny. Ale jako filozof dostrzegam liczne błędne założenia antropologiczne i filozoficzne, jakie popełnia w swojej – świetnie zresztą napisanej i stawiającej istotne problemy – książce Piotr Zychowicz. Założenia te, choć ukryte, a być może nawet nieuświadomione przez samego autora, sprawiają, że ze swadą i niezwykle przekonująco napisana książka, nie powinna być traktowana jako mocny głos w dyskusji nad sensownością polityki Becka. Dyskusji, które – co nie ulega wątpliwości – powinna się w Polsce odbyć.

 

Część z tych błędów, które ujawniają się w warsztacie historyczno-publicystycznym Zychowicza wypunktował już Piotr Zaremba w znakomitym tekście w tygodniku „Uważam Rze”. Najlepszym tego przykładem jest obecny w niemal wszystkich analizach autora „Paktu Ribbentrop-Beck” „mit najlepszego scenariusza”, który miałby się urzeczywistnić, gdyby tylko polski minister spraw zagranicznych podjął odmienne decyzje. Świat byłby wtedy o wiele bardziej różowy, nie zginęliby polscy Żydzi (a przynajmniej zginęłoby ich nieco mniej), Związek Sowiecki by upadł i nie byłoby obozu socjalistycznego, a do tego Polska zbudowałaby wielką federację obejmującą także Ukrainę i Białoruś.

 

Mit najlepszego scenariusza

 

Czyta się takie rozważania świetnie, tyle tylko, że jest to literatura science fiction, a nie realistyczna publicystyka historyczna, która musi zakładać, że na drodze do tego wymarzonego celu ktoś mógłby zawieść (ot choćby jakaś polska grupa polityczna, co Zychowicz wyklucza, uznałaby, jak część francuskich czy rumuńskich polityków, że Zagłada Żydów może się opłacać), zmienić zdanie (choćby chimeryczny Hitler) albo coś mogłoby się potoczyć nie po myśli piszącego ponad siedemdziesiąt lat później autora. I cała (rozpisana na rozdziały, i niekiedy ograniczana zastrzeżeniami) idylla posypałaby się w drobiazgi.

 

Chyba najmocniej to marzycielstwo widać w rozważaniach na temat udziału Polaków w Zagładzie, do którego mogłoby dojść, gdybyśmy weszli w sojusz z hitlerowskimi Niemcami. Zychowicz taką sugestię zdecydowanie odrzuca, bowiem jego zdaniem obraża ona Polaków, „Pomysł więc, by rząd niezbyt lotnego, ale w gruncie rzeczy poczciwego Sławoja Składkowskiego mógłby do spółki z Niemcami wymordować swoich Żydów, jest po prostu chory i obraźliwy dla Polaków” - oznajmia Zychowicz. Problem polega tylko na tym, że nigdzie nie jest powiedziane, że po pierwsze to właśnie Sławoj Składkowski rządziłby Polską przez cały czas jej sojuszu. Wiadomo przecież, że Niemcom zdarzało się zmieniać rządy w koalicyjnych państwach. I nikt nie może nam zagwarantować, że w miejsce „poczciwego” premiera nie wszedłby jakiś zdecydowanie mniej poczciwy, który mógłby znalaźć poparcie – zapewne nie dla Holokaustu – ale dla załatwienia problemu żydowskiego poprzez wywózki. A co by się działo z Żydami po wywiezieniu tego, by już jakiś inny poczciwina nie sprawdzał. Niemożliwe? Otóż nie, bo podobnie zadziałał Hitler w innych państwach sprzymierzonych. Także takich, które do Żydów miały stosunek obojętny.

 

Podobne założenie, że – gdyby nie Beck – to wszystko byłoby świetnie, widać także w innych częściach książki, w której Zychowicz przekonuje, że po wspólnym marszu z Hitlerem na Związek Sowiecki dokonalibyśmy błyskawicznej zamiany sojuszy, i w federacji z Ukrainą zbudowalibyśmy potęgę. Nie jest jasne, skąd przekonanie, że sanacja, która do Ukraińców miało podejście różnorodne (i jest to eufemizm) byłaby w stanie taką federację zbudować, i dlaczego Ukraińcy mieliby tego chcieć. To, że sobie byśmy tego życzyli niestety nie jest dowodem na to, że by tak było. Tak jak wcale nie jest oczywiste, że sojusze byśmy odwrócili, a Stalin zostałby pobity. To znowu są pobożne życzenia, które mogłyby się sprawdzić, ale wcale nie musiały.

 

Narody mają tożsamość

 

To jednak nie „mit najlepszego scenariusza” wydaje się głównym grzechem Zychowicza, a całkowite zignorowanie przez niego istnienia tożsamości narodowych, głęboko zakorzenionych (pomijam tu skądinąd niezwykle ciekawą dyskusję nad ontycznym sposobem ich istnienia) cech narodowych, których w polityce nie można ignorować. Niemcy nie są zatem Holendrami, a Polacy Czechami, choć Zychowicz – nie bez racji – przekonuje, że z punktu widzenia zachowania kultury materialnej byłoby to o wiele bezpieczniejsze, pozwoliłoby bowiem zachować Zamek Królewski czy w ogóle całą Warszawę w o wiele piękniejszym niż obecny kształcie. I nie mogą tego zmienić publicystyczne utyskiwania czy nawet politologiczne uznanie, że byłoby to rozwiązanie o wiele lepsze. Zmienić Polaków na Brytyjczyków (choć „Myśli nowoczesnego Polaka” są wyrazem takiej próby) nie udało się nawet Romanowi Dmowskiemu. I brak mocnych dowodów, że mogłoby się to udać – szczególnie w kilka, najwyżej kilkanaście miesięcy – Józefowi Beckowi.

 

Można dyskutować na ile owa tożsamość jest czymś stałym, a na ile podlega historycznym zmianom. Akurat w tej sprawie przyjmuje terminologię Arystotelesa (choć zapewne on nie zastosowałby jej do narodu, konceptu takiego bowiem nie znał) i uznaje, że jest zarówno forma, jak i materia. Ta pierwsza pozostaje niezmienna, choć przybiera rozmaite historyczne kształty w rzeczywistości materialnej. Pewne kwestie się zmieniają (tę różnicę szczególnie mocno widać w przepaści jaka zieje między nami współczesnymi Polakami, a Polakami z lat 30. XX wieku), ale są takie, które pozostają niezmienne.

 

Istotą polskiej tożsamości - była przynajmniej od czasów romantyków, kształtujących tamtą rzeczywistość polityczną i społeczną, uznanie nie tylko, że mamy jako Polacy walczyć za wolność naszą i waszą, ale także, że potrafimy zachować wysokie standardy moralne, nawet gdy się nam to nie opłaca, gdy tracimy w ich obronie życie. „O matko Polko! gdy u syna twego/ W źrenicach błyszczy genijuszu świetność/ Jeśli mu patrzy z czoła dziecinnego/ Dawnych Polaków duma i szlachetność// Jeśli rzuciwszy rówienników grono/ Do starca bieży, co mu dumy pieje,/ Jeżeli słucha z głową pochyloną/ Kiedy mu przodków powiadają dzieje// O matko Polko! źle się twój syn bawi!/ Klęknij przed Matki Boleśnej obrazem/ I na miecz patrzaj, co Jej serce krwawi:/ Takim wróg piersi twe przeszyje razem!// Bo choć w pokoju zakwitnie świat cały/ Choć się sprzymierzą rządy, ludy, zdania,/ Syn Twój wezwany do boju bez chwały/ I do męczeństwa... bez zmartwychpowstania” - pisał Adam Mickiewicz w niesamowitym emigracyjnym wierszu „Do Matki Polki”. I te słowa kształtowały tożsamość (zapewne nieco zmitologizowaną) ówczesnych Polaków, podobnie jak pokazujące dramatyzm wyborów moralnych powieści Josepha Conrada.

http://www.xlm.pl/pakt-ribbentrop-beck//

Tak uformowani ludzie, członkowie takiego a nie innego narodu (którego tożsamość przekazywana jest przez kulturę, a nie krew) zwyczajnie nie mogli wybrać inaczej, niż wybrali. Wybór jednego z dwóch szatańskich sprzymierzeńców – nawet jeśli był możliwy bez zatraty suwerenności czy wolności, co wcale nie jest oczywiste – był całkowicie niezgodny z naszą narodową tożsamością. Żeby tak wybrać musielibyśmy przestać być sobą. To, że wybrali tak Rumunii czy Węgrzy nie jest argumentem, bowiem są to po prostu inne narody. Możemy narzekać, że lepiej byłoby zrzucić z siebie część dumy i uniżenie schylać kark. Pytanie tylko, czy rzeczywiście podoba się nam (i to pytanie stawiam również Zychowiczowi) obecny stan Polski, w której niemała część z obywateli wybiera właśnie pokorne schylenie głowy i odmawia jakiejkolwiek walki o honor, byle nie stracić świętego spokoju?

 

Kultura ma znaczenie

 

Nie sposób też pominąć tego, że politycy, propagandyści czy dziennikarze mieli (tak jak mają) ograniczony wpływ na tożsamość narodową. Roman Dmowski przez cały niemal okres swojego pisania i działania (wciąż za słabo przyswojonego) walczył z mentalnością insurekcyjną, a jednak młodzi chłopcy, także ci, którzy wychowani byli na jego myśleniu, dla których był on ideowym przywódcą, szli do powstania warszawskiego i ginęli w nim. Był w tym niewątpliwie brak realizmu, za który można rozliczać przywódców, ale było też arcypolskie przekonanie, że lepiej umrzeć z honorem niż żyć w upodleniu. Takiego wyboru dokonał przecież inny wielki literacki bohater kształtujący patriotyzm pokoleń Polaków, czyli sienkiewiczowski pułkownik Michał Wołodyjowski. To jego przykład, jego obraz miało pod oczami wielu z żołnierzy, także bardzo młodych, gdy szło walczyć. I to właśnie taka kultura, wielka narodowa literatura, a nie tylko propaganda kształtowała postawę Polaków.

 

Ten element jest jednak całkowicie nieobecny w książce Zychowicza. Polacy – z drugiej połowy lat trzydziestych XX wieku – opisywani są w „Pakcie Robbentrop-Beck” wyłącznie jako produkty polityczno-publicystycznej debaty i sanacyjnej propagandy. Ich przekonania, nadzieje, aspiracje nie są ujmowane z szerszej, nie tylko politycznej, ale także kulturalnej czy religijnej perspektywy. Jedynym nauczycielem Polaków jest Rydz-Śmigły czy Piłsudski, a niekiedy publicyści czy dziennikarze, ale nie ma tu już miejsca na poważne potraktowanie romantycznej tradycji, sienkiewiczowskiego traktowania patriotyzmu czy katolickiej mistyki narodu. Polacy są w tej książce ukształtowani wyłącznie przez propagandę, którą Beck (często zresztą, niezgodnie z prawdą historyczną traktowany jako samodzielny aktor polityczny) mógł zmienić jednym pociągnięciem pióra lub mocniejszym dokręceniem pióra. Polityka i propaganda (niemal jak w wielu współczesnych analizach politycznych) przesłania wszystko inne. Takie stawiania sprawy skazuje zaś historyka czy publicystę – i to nawet uprawiającego historię alternatywną – na całkowite niezrozumienie rzeczywistości, na operowanie konstruktami myślowymi, które nie mają odnośników w rzeczywistości a co za tym idzie na błędne wnioski.

 

Trzeba też powiedzieć, że poza tym elementem naszej kultury w istocie nie mamy innego, który mógłby się, także współcześnie, stać podstawą, także nowoczesnego, patriotyzmu. Gombrowicz nie jest w stanie zastąpić Sienkiewicza czy Mickiewicza jako wychowawca kolejnych pokoleń narodu. Beztreściowa ironia, kpina ze wszystkiego, co ważne – nie jest w stanie dać fundamentów narodowych czy społecznych. Nie sposób też pominąć tego, że nadal – dla niemałej części Polaków – bohaterami naszej pamięci są właśnie ludzie, którzy potrafili oddać życie, by zachować honor. Wyjęcie tych obrazów, usunięcie ich z perspektywy publicystycznej i zastąpienie postulatem „realizmu” oznaczać będzie w istocie destrukcje kultury i tożsamości polskiej. Destrukcję, którą już zresztą widzimy. Nie sądzę, by taki był cel Zychowicza, ale niestety takie mogą być skutki jego książki.

 

Zdekonstruowana tożsamość

 

Doceniając politologiczną, ale i historyczną wagę dyskusji (która wcześniej się na odpowiednią skalę nie odbyła) nad sensownością polityki Becka czy możliwością zmiany kierunku historii, trudno nie zadać sobie jednak pytania, czy debata taka, a dokładniej stawiane podczas niej publicystyczne tezy Zychowicza, nie przynoszą nam więcej szkody niż pożytku. I nie chodzi tylko o to, że jak wskazuje Zaremba, jego rozważania mogą być traktowane jako prezent dla Niemców, czyniącym Anglię i Polskę współodpowiedzialnymi za II wojnę światową, ale także o to, że w ten sposób obrzydzamy sami sobie jeden z najważniejszych mitów kształtujących naszą polityczną i historyczną dumę.

 

Walec historii, który przetoczył się nad naszym krajem odebrał nam Lwów i Wilno, zniszczył Warszawę i dobudował do Krakowa Nową Hutę, pozbawił nas inteligencji i z żywego, dynamicznego, wielonarodowego państwa uczynił monoetniczną, w znaczącym stopniu chłopską wspólnotę. A jednak, choć zniszczeni, „spolaczeni” (by posłużyć się terminem Rafała Ziemkiewicza) przetrwaliśmy, pozostaliśmy sobą, a wszystko to w znaczącym stopniu dzięki mitowi ukształtowanemu przez opór wobec obu totalitaryzmów, dzięki świadomości, że jako jedni z nielicznych mieliśmy odwagę powiedzieć „nie” obu bezbożnym i nieludzkim totalitaryzmom. To jest obecna podstawa naszej polskiej dumy. Uznanie, że to, co funduje naszą narodową tożsamość, jest tylko efektem głupiej i zbrodniczej (bo nawet nie naiwnej) polityki Józefa Becka, oznacza naruszenie ostatnich, wspólnych większości z nas, fundamentów naszego polskiego samorozumienia.

Być może byłoby lepiej gdyby było ono inne, gdybyśmy byli Brytyjczykami czy Czechami, być może zyskałaby na tym architektura Warszawy, a nawet nasze granice. Być może (choć to już wątpliwe) zwyciężylibyśmy z Hitlerem Stalina i uratowali miliony osób. Problem polega tylko na tym, że nie bylibyśmy wówczas Polakami, a jakimś wymarzonym, realistycznym narodem Zychowicza. Narodem, który nie istniał i nie istnieje, a zatem nie może być przedmiotem badań historycznych (nawet alternatywnych) czy analiz publicystycznych w realnym świecie. Aby te ostatnie miały sens muszą być bowiem zakorzenione w rzeczywistości, w realnie istniejących podmiotach narodowych, a nie w pozbawionych głębi konstruktach publicystów.

 

Tomasz P. Terlikowski

 

P. Zychowicz, Pakt Ribbentrop-Beck. Czyli jak Polacy mogli u boku III Rzeszy pokonać Związek Sowiecki, Poznań 2012, Dom Wydawniczy Rebis

 

Tekst jest znacznie poszerzoną wersją artykułu, który ukazał się na łamach tygodnika „Uważam Rze”.