Zaproszenie na spotkanie Wszecheuropejskiej Rady Bioetycznej to nie było byle co. Tu nie bywali podrzędni medycy czy filozofowie od siedmiu boleści, ale tylko najlepsi z najlepszych. Od nich nie oczekiwano decyzji w sprawach błahych, ale opinii w najbardziej kluczowych dla przyszłości gatunku ludzkiego kwestiach. To tu po raz pierwszy wydano zgodę, na modyfikacje genomu ludzkiego, to tu zapadały decyzje w kwestii wyeliminowania z puli genetycznej ludzkości genów, którym zagrażał na starość Alzheimer czy nadciśnienie. Lekarze i specjaliści tu zapraszani mieli więc ogromną władzę, gigantyczne możliwości, a przede wszystkim niesamowitą przyszłość przed sobą.
Riccardo o tym wiedział. Od wielu lat czekał na taką możliwość. Wiedział, że ma wystarczającą wiedzę, by brać udział w wielkiej biotechnologicznej rewolucji. Pragnął tego. Ale zaproszenie wciąż nie nadchodziło. Jego kariera została zastopowana, gdy Agnes, jego pierwsza młodzieńcza miłość, zdecydowała się urodzić ich dziecko, które cierpiało na Zespół Downa. On od początku nie chciał się na to zgodzić. Tłumaczył, że to będzie dla nich niepotrzebne obciążenie, że nie można pozwolić, by dziecko cierpiało na tak ciężkie schorzenie, że ostatecznie oboje są lekarzami, i wiedzą, że ich synek nigdy nie będzie mógł grać w szachy czy uzyskać doktoratu z matematyki. Ale jej to nie przekonywało. Ona wciąż wracała do jakichś swoich chorych, kobiecych emocji, opowiadała o tym, że jest matką, że wie, że to w jej łonie (nie miał pojęcia, skąd do cholery wziął się u niej, ateistki z przekonań, ten porąbany religiancki język, którym maskowała medyczną wiedzę o tym, że zarodek poczyna się w macicy) to człowiek, a nie żadna blastocysta. Wyjaśniał jej, że urodzenie tego potwora odbierze jej prawo do wykonywania zawodu, który tak kochała, a przy okazji sprawi, że i on straci możliwości rozwoju naukowego. Nic do niej nie trafiało. W końcu spakowała rzeczy i uciekła.
On, choć odciął się od niej, złożył stosowne wyjaśnienia, rozwiódł się, przez lata ponosił konsekwencje jej wyborów. Odcięto go od najciekawszych badań, odebrano stypendia w Korei, a nawet na moment przeniesiono do zwyczajnego nieklinicznego szpitala. Gdy zaś sytuacja zaczęła wracać do normy, gdy dopuszczono go do badań nad klonowaniem, Agnes znowu wypłynęła, zrobiło się o niej głośno, bo broniła, w jakieś zapadłej dziurze na granicach Europy, klechy, któremu zachciało się kraść jakąś religijną szmatę, która rzekomo miała mieć cudowne właściwości. I znowu zaczęli go odwiedzać panowie ze służb, znowu musiał się tłumaczyć, odcinać, zapewniać, że z byłą żoną nie miał kontaktów od wielu lat, i że uważa ją za wroga nie tylko nauki, ale nawet cywilizacji i ludu. Niewiele to jednak pomogło. Ponownie odebrano mu licencje badawczą i przeniesiono do sekcji bioetycznej, które jedynym zadaniem było przyklepywanie wniosków badawczych bardziej docenianych przez instytut kolegów.
W te pracę również zaangażował się całym sercem. Publikował liczne prace uzasadniające kolejne przemiany, budował uzasadnienia dla eutanazji znużonych życiem, samotnych, a nawet niedobrowolnej eutanazji zwiedzionych religią. Zajmował się także uzasadnieniem wydłużania wieku, do którego dopuszczalna byłaby aborcja postnatalna. Jego argumentacja była na tyle przekonująca, że europarlamentarzyści wykorzystali jego teksty do stworzenia prawa, które umożliwiało tego typu zabiegi nawet na ośmiolatkach, które przestawały spełniać ich oczekiwania. „Nie wszystkie problemy rozwojowe potencjalnej osoby ludzkiej można wykryć krótko po urodzeniu. Tępota, brak polotu, niechęć do nauki czy skłonności mistyczno-religijne wychodzą dopiero później, część z nich po wielu latach. Rodzice nie mogą zaś być skazywanie na wychowywanie dziecka, które nie spełnia ich oczekiwań, które nie rokuje szans na bycie kimś ważnym dla społeczeństwa. W imię postreligijnego i etycznego dogmatyzmu nie możemy odbierać rodzicom szansy na posiadanie dziecka otwartego, inteligentnego, myślącego” - argumentował wówczas. A potem, odwołując się do tuzów nowoczesnej bioetyki Alberto Giubliniego i Francesci Minevry, przypominał, że trudno w przypadku ośmiolatków mówić o statusie osoby ludzkiej, który jest podstawą przyznania jednostkom gatunku ludzkiego, prawa do życia. „Osobą, co wiemy od czasów Petera Singera, nie jest każda jednostka należąca do gatunku ludzkiego, a jedynie jednostka posiadająca pewne fundamentalne cechy osobowe: samoświadomość, zdolność do refleksji moralnej, odczuwanie strachu przed własną śmiercią. Ośmioletni przedstawiciel gatunku ludzkiego, nie ma co ukrywać, takich cech nie spełnia. Nie jest on więc osobą. Analizują zatem jego uprawnienie do życia, a także uprawnienie rodziców do posiadania upragnionego potomstwa, trzeba powiedzieć, że prawa osób realnych są zawsze istotniejsze niż te, które dotykają jedynie jednostek, które w przyszłości mogą (ale przecież wcale nie muszą, biorąc pod uwagę ich intelektualny poziom) stać się osobami” - napisał w swojej najważniejszej chyba pracy. Od tego momentu zaczął wracać do łask... A teraz, wraz z zaproszeniem na posiedzenie rady, nadszedł czas triumfu.
Budynek rady nie powalał na kolana. Ot, jeden z wielu szklanych wieżowców w Grenadzie, postawiony w miejscu, gdzie kiedyś stał klasztor braci bonifratrów. Tęczowe logo, przedstawiające dłonie otaczające w geście opieki Matkę Gaję, świecące jasnym blaskiem na frontonie budynku nie wywoływało jakiś szczególnie pozytywnych skojarzeń, nie uświadamiało, jak wielką władzę mają ci, którzy tu codziennie wchodzą. Riccardo Martinez jednak to wiedział. Dla niego wygląd budynku nie był przeszkodą. Spojrzał tylko ostatni raz na swój jasny, sportowy garnitur, poprawił bordowy krawat, przeczesał dłonią lekko przyprószone siwizną, króciutko przystrzyżone włosy i dynamicznym krokiem wbiegł po schodach do szklanych, obrotowych drzwi, przyłożył kciuk do niewielkiej tabliczki i już był w środku.
- O witaj, doktorze – uśmiechnął się do niego tuż przy wejściu dyrektor naukowy rady Jack Holovny. - Już na Ciebie czekają – dodał wyciągając do niego starannie wypielęgnowaną dłoń. - Mamy sporo do obgadania. I bardzo liczymy na Ciebie – dodał, wskazując na wielkie szklane drzwi, za którymi mieściła się sala konferencyjna.
* * *
Martinez był oszołomiony. W sali, do której go wpuszczono poza bioetykami z rady, siedzieli najważniejsi ludzie w Europie. Szef Biura do Walki z Fundamentalizmem Religijnym Jerome Serkozy, minister do spraw postępu Wspólnoty Europejskiej Julien Mieysky, a nawet szef europejskiej policji generał Mike Preston. Ich obecność była wystarczającym dowodem na to, że sprawa jest najwyższej wagi, i że raczej nie dotyczy tylko wydania jakiejś opinii.
- Proszę siadać – zaczęła mocnym, męskim głosem ministra Mieysky. Riccardo przebiegło przed głowę myśl, że zmiana płci, choć ostatnio stała się bardzo modna i coraz tańsza, niczego w istocie jednak nie zmienia. Dwumetrowa ministra, w rudej peruce i z wydepilowanym laserowo zarostem, nadal wyglądała jak mężczyzna, tyle, że przebrany w damskie kiecki. Riccardo szybo jednak odpędził od siebie tę myśl. Wiedział, że najmniejszy uśmieszek czy zbyt uważne przyglądanie się ministrze może kosztować go wiele. Mieysky wytaczała procesy i łamała karierę każdemu, kto kwestionował jej kobiecy urok, a nawet niewystarczająco zachwycał się jej wymodelowanymi przez najlepszych chirurgów piersiami. - Zebraliśmy się tu w kluczowej dla przyszłości postępu sprawie. Ciemnota i zabobon znowu podnoszą swój łeb. Na terenie prowincji warszawskiej pojawiły się teksty, w których kwestionuje się prawo państwa do regulowania kwestii genetycznych – mówiła twardym, mocnym, zdecydowanym głosem, co jakiś czas odrzucając zalotnie rude loki i uśmiechając się do Riccardo.
Na wyświetlaczach stojących przed uczestnikami narady komputerów pojawiły się wyimki z lokalnych, warszawskich wydań portali internetowych. „Zagadkowe zgodny w warszawskim getcie”, „Dzieci umierają po szczepieniach”, a nawet „Czy szczepionka zabija dzieci?” - głosiły nagłówki. A dalej zapisana była historia byłej lekarki, pozbawionej przez władze prawa do wykonywania zawodu, która miała rzekomo odkryć, że po wielkiej akcji szczepieniowej, która miała uchronić dzieci w dzielnicach katolickich od czarnej ospy, nagle zaczęły umierać tam objęte programem dzieci. „Nie ma wątpliwości – tłumaczyła we wszystkich wydaniach mediów ta sama kobieta – że jest to efekt kampanii szczepionkowej. Każde z tych dzieci umarło po chorobie, która miała dokładnie taki sam przebieg, a która nastąpiła dokładnie po takim samym czasie od podania szczepionki”... Mieysky czytała na głos informacje, ale Riccardo niemal już jej nie słyszał. Na wyświatlaczu jego komputera pojawiła się bowiem twarz, o której od dawna chciał zapomnieć. Była lekarka, która rozpoczęła aferę, to jego była żona Agnes Martinez, która zniszczyła jego karierę...
Martinez nerwowo zacisnął spocone ze strachu ręce. Jego ponownie poskładany w całość świat zwalił mu się na głowę. Wezwano go tu – gorączkowo myślał – by publicznie upokorzyć, by z powodu tej k...wy odebrać mu to, co z trudem zbudował, by odpowiadał za winy tej, którą kiedyś miał okazję pokochać (albo i to nie). Słowa wypowiadane przez Mieysky uciekały w jego podświadomość, a on nie był w stanie nawet złożyć ich w całość, nie był w stanie zrozumieć o co chodzi. Jedyne, co do niego docierało to fakt, że po jej wystąpieniu zaczęli mówić inni, i że na na razie nie było mowy o nim, że uczestnicy spotkania skupiają się raczej nad tym, jak sprawę wyjaśnić i kto ma przygotować specjalne oświadczenie, niż nad tym, co zrobić z nim.
- Sytuacja nieco wymknęła nam się spod kontroli. Eksperyment wprawdzie się powiódł, ale jego efekty zostały ujawnione zbyt wcześnie – mówił spokojnym, łagodnym głosem Holovny. - Mamy już wprawdzie uzasadnienie dla tych czynności, odpowiednie prace zostały wykonane, ale nie udało nam się jeszcze wprowadzić ich do obiegu publicznego – wyjaśniał. A na ekranach komputerów i ogromnym cyfrowym wyświetlaczy, w którym zamieniła się jedna ze ścian pojawiły się wielkie wykresy analizujące, ile pieniędzy potrzeba na wychowanie i utrzymanie jednego genetycznie nieudoskonalonego i nie poddanego socjalizacji dziecka. Obok były tabelki analizujące na jakie potrzeby można by te środki przekazać. Obrazy były świetnie dobrane. Dzieci były brudne, z gilami płynącymi z nosa, pokrzywione skoliozą i z rozmaitymi zespołami genetycznymi, a ich zdjęcia zestawiono ze obrazkami szczęśliwych zadowolonych emerytów na wyspach Bahama.
- Mamy też przygotowane mocne uzasadnienia prawa do kontroli puli genetycznej, jaką może sprawować państwo – kontynuował Holovny. A Martinez powoli zaczynał podążać za jego myślą i wyświetlaną prezentacją, która zawierała przygotowane już opinie najwybitniejszych ekspertów. Z żalem stwierdził przy tym, że jego prace w ogóle nie zostały uwzględnione w pracach nad projektem kontroli genetycznej państwa, jak nazwano projekt. - Jedyne czego jeszcze nie uruchomiliśmy to wpuszczenie tego wszystkiego do mediów. Czekaliśmy na to, by najpierw ocenić skuteczność naszych metod. Ale niestety ta kobieta – i znowu na ekranach komputerów pojawiło się zdjęcie Agnes Martinez – wszystko zepsuła, alarmując prasę i opinię publiczną, zanim udało nam się przeprowadzić akcję uświadamiającą – zakończył dyrektor badawczy Wszecheuropejskiej Rady Bioetycznej.
- Oczywiście media zostały już uruchomione – uzupełniła Mieysky i wskazała na ekran cyfrowego wyświetlacza, na którym pojawiały się twarze ekspertów, którzy wyjaśniali, dlaczego – nawet gdyby, choć to przecież niekoniecznie musi być prawda, była lekarka miała rację – to i tak działania władzy byłyby usprawiedliwione. „Państwo nie może tolerować sytuacji, w której niekontrolowana przez nikogo, i często genetycznie czy społecznie upośledzona biedota mnoży się na potęgę. Sterylizacja kobiet niestety nie przynosi rezultatów, ponieważ otumanione przez kler katolskie kobiety nie korzystają z usług współczesnej medycyny, a ich mężowie i ojcowie nie dopuszczają nawet do dorastających dziewczynek edukatorów seksualnych czy postępowych lekarzy. W efekcie rodzą się kolejne pokolenia społecznie nieużytecznych, na których nasze zsocjalizowane i genetycznie lepsze dzieci muszą utrzymywać ze swoich. A wszystko to w sytuacji, gdy powoli zaczyna brakować pieniędzy nawet na emerytury dla zasłużonych dla Europy” - przekonywał w internetowej telewizji jeden z najbardziej znanych ekspertów od wszystkiego dr Slavoj Piatnica. Inny zasłużony dla nauki cyberautorytet uzupełniał zaś, nieco wbrew pierwszemu, ale kto by się tym przejmował, że „cały skandal jest tylko wymysłem chorej z nienawiści wyobraźni jednej byłej lekarki, która buduje teorie spiskowe, w sytuacji gdy wszystkie śmierci są czystym zbiegiem okoliczności”.
- Mamy przekaz dla wszystkich – uśmiechnął się Johann Anderson, wysoki blondyn o nordyckiej urodzie, który od trzech miesięcy pełnił zaszczytną funkcję rzecznika Wszecheuropejskiej Rady Bioetycznej. - Tych, których nie kupimy na genetykę i prawo państwa do jej regulowania zastraszymy strasznymi katolami, którzy tylko czyhają na to, by zamachnąć się na wolność badań naukowych i nasze prawo do wyboru – dodał.
- Jedynym problemem jest to – przerwał mu dość mocnym głosem szef Biura do Walki z Fundamentalizmem Serkozy – że niestety nie wiemy, gdzie jest obecnie Agnes Martinez. A ostatnio mieliśmy z nią sporo kłopotów – dodał. - I właśnie w tej sprawie zwracamy się do Ciebie doktorze – drobny, zawsze uśmiechnięty mężczyzna odwrócił się w kierunku Riccarda.
* * *
Martinez był wściekły. Mógł się spodziewać wszystkiego, ale nie takiej propozycji... Musiał jakoś odreagować. Miał ochotę na mocny, dynamiczny, wściekły seks. Ale nie chciało mu się szukać kobiety. To wymagało czasu, zaangażowania, a przede wszystkim ogromnej ostrożności. Nigdy nie było wiadomo na kogo się trafi. Na szczęście, kilka tygodni temu Riccardo kupił sobie eroprzystawkę do komputera, która podłączona do mózgu sprawiała, że nawet najśmielsze fantazje, odbierać można było jak w realu. Testował ją kilkukrotnie i za każdym razem był zadowolony. Teraz miał zamiar to samo.
Przed oczami, w postaci realistycznej wizualizacji pojawił mu się panel wyboru. Zaczęło się od wyboru typu urody. Wskazał palcem na mulatki. Potem wybierał tusze, rozmiar biustu, strój i wreszcie typ seksu, na jaki miał ochotę. Wszystko, jak w klasycznych grach wcieleniowych. Wreszcie wszystko było gotowe. Wskazał palcem na pojawiający się przed nim przycisk OK... Kobieta była jak żywa, ale on jakoś zupełnie nie mógł się skupić na tym, co miał z nią, a w zasadzie z sobą, robić. Pod powiekami, które miały rejestrować wygenerowany komputerowo dla całego ciała obraz, miał cały czas twarz Julien Mieysky. I nie ma co ukrywać, że nie sprzyjało to konsumpcji. Wściekły podniósł wzrok do góry, zanim do czegokolwiek mogło dojść i przerwał program. Stres, lęk, pytania okazały się silniejsze, niż eroprzystawka.
Odłączył urządzenie i sięgnął po komputer. Nerwowo wstukiwał w niego hasło Agnes Martinez. Wiedział, że na jego twardym dysku nie ma już najmniejszych śladów po jego związku z tą kobietą. Wykasował je krótko po tym, gdy wybrała ona jakieś downa, a nie jego. W sieci jednak były ślady po jej działaniach: teksty o pomocy, jakiej udzielała jakiemuś kleszcze w Warszawie, o jej aresztowaniu, a teraz o tym, że odkryła spisek na życie dzieci. Ze zdjęć spoglądała na niego kobieta, z którą kiedyś był. Niewiele się zmieniła od czasów ich młodości. W czarnych włosach pojawiły się wprawdzie siwe pasemka, a na twarzy miała wiele zmarszczek, ale jej usta nadal były karminowe, a oczy błyszczały niezwykłą siłą. To właśnie te oczy porwały go wiele lat temu, one sprawiły, że poddał się jej pomysłowi na życie, że wziął z nią ślub, choć wiedział, że dla jego kariery nawet cywilne zarejestrowanie związku może być niekorzystne. Z tym samym błyskiem w oczach, który teraz widział na zdjęciach i filmikach, przekonała go do tego, by mieli dziecko, choć przecież wiedział, że biologiczna prokreacja nie jest popierana przez państwo, i że o wiele lepiej spogląda się na lekarzy czy urzędników, którzy powierzają stworzenie swojego potomka wykwalifikowanym klinikom wspomaganej reprodukcji. Ona jednak chciała inaczej, chciała doświadczyć – tak wówczas opowiadała – tego, o czym tylko czytała w książkach, i co słyszała od swojej babci. Seks, biologiczny akt poczęcia, nabierał w jej opowieściach niemal mistycznego charakteru. I oczywiście cała ta mistyka skończyła się, jak zwykle. Obowiązkowe testy prenatalne wykazały, że zygota dotknięta jest zespołe, Downa. A ta kretynka nie zgodził się rozwiązać tego problemu tak, jak wymagają tego procedury i przerwać niepotrzebną ciążę... Wrzeszczał wtedy na nią, próbował zmusić do normalności, ale ona wciąż patrzyła na niego tymi błyszczącymi ustami i z pogardą zaciskała karminowe usta. Ta pogarda nie znikała z jej twarzy nawet, gdy mieli uprawiać seks... I właśnie ten obraz gardzącej nim kobiety, która oddaje mu swoje ciało prześladował go przez wiele, wiele lat. A gdy udało mu się go wreszcie, nie bez pomocy cyberseksu, wyrzucić ze świadomości, gdy udało mu się zapomnieć o niej, Wszecheuropejska Rada Bioetyczna postawiła przed nim nowe zadanie...
- Musisz do niej dotrzeć – słyszał w uszach głos szefa Biura do Walki z Fundamentalizmem. - Z naszych informacji wynika, że jesteś jedynym mężczyzną, z którym była kiedykolwiek związana. Byłeś dla niej ważny, chciała o Ciebie walczyć, dotarliśmy do jej zapisków... Potem zrezygnowała i nigdy w nic się już nie angażowała. No może z wyjątkiem tego klechy, któremu pomagała. Ale i z nim nie ma kontaktu od dobrej dekady – tłumaczył tamten. A Riccardo wciąż miał w głowie te same pytania, które zadał wówczas. - Po dwudziestu latach mam do niej dotrzeć? To jest dla mnie obca kobieta, która całkowicie nie zgadza się ze wszystkim, co zrobiłem. Cała moja kariera była udowadnianiem ludziom, którzy myślą, jak oni, że się mylą... I ja mam do niej dotrzeć?
- Jeśli ja mogłam zostać kobietą, to ty możesz zmienić, na zdecydowanie krócej niż ja, poglądy – rzuciła mu wówczas od niechcenia Mieysky. - Zaczniemy pokazywać Cię w mediach, dopuścimy byś głosił jej poglądy, a potem załatwimy przerzucenie do Warszawy, tak by nikt niczego nie podejrzewał. Tam musisz ją znaleźć. Jesteś jedyną osobą, którą kochała. A takie jak ona nigdy nie rezygnują z miłości – twardo tłumaczyła ministra do spraw postępu i dodała, że on ma tylko ją wskazać, oni zatroszczą się o resztę.
I nawet jakoś szczególnie go nie naciskali. Nie było w ich wypowiedziach szantażu. Odwoływali się, i Holovny i Mieyska raczej do jego poczucia odpowiedzialności za świat, w którym żyją. Tylko na marginesie wspomnieli coś o pracy, o możliwym awansie, a nawet o możliwości powrotu do aktywnych badań genetycznych. - Mamy taki nowy ośrodek, w którym testujemy pewne sprawy – mówił szef policji, zastrzegając, że przydaliby się im nowi pracownicy, ale tylko tacy których sprawdzili w działaniu... Nie odpowiedział od razu, poprosił o chwilę do zastanowienia. I to nie była dobra odpowiedź, ale zgodzili się. Spojrzał nerwowo na zegarek. Za piętnaście minut miał odpowiedzieć, czy godzi się na rolę specjalnego agenta Wszecheuropejskiej Rady Bioetycznej... Człowieka, od którego zależeć ma genetyczna przyszłość Europy.
Tomasz P. Terlikowski
A tu możesz przeczytać pierwszy rozdział "Wyjścia"

