Mechanizm w dyskusjach o celibacie i hipokryzji Kościoła jest niemal zawsze ten sam. Ludzie, którym sumienie coś wyrzuca (a to rozwód, a to pozostawienie dzieci, a to związanie się z nową partnerką czy chroniczne zdrady) z lubością zajmują się hipokryzją instytucji kościelnych i w ten sposób poprawiają sobie samopoczucie, dowodząc, że po pierwsze ich grzech nie jest tak wielki, a po drugie, że instytucja, która im o owym grzechu przypomina, też ma w swoich szeregach grzeszników. W ten sposób zabija się wyrzuty sumienia i przy okazji obrzydza sobie i innym Wspólnotę, która – jako jedyna – ma odwagę głosić trwałe i niezmienne normy moralne.

 

I nie inaczej jest w przypadku polityki Tomasza Lisa. Walka z Kościołem w jego wydaniu wydaje się mieć bardzo prostą przyczynę. Otóż jej pomysłodawca sam złamał złożoną przed Bogiem i Kościołem obietnicę i opuścił żonę i dzieci dla nowej wybranki, a teraz próbuje za wszelką cenę usprawiedliwić swoje decyzje, walcząc z instytucją, która niezmiennie przypomina, że małżeństwo jest nierozerwalne, a mąż, który opuszcza swoją żonę i dzieci, grzeszy tak samo (a niekiedy nawet bardziej), jak ksiądz, który łamie zasady celibatu. Szkoda tylko, że przy okazji walki z własnymi wyrzutami sumienia, Lis zdecydował się na walkę z jedyną Wspólnotą, która może mu przyjść z pomocą. Lekarstwem na grzech nie jest bowiem brnięcie w niego dalej, ale spowiedź, pokuta, zadośćuczynienie, które dokonują się właśnie w Kościele przez ręce kapłana.

 

Nie jest metodą na walkę z chorobą oskarżanie lekarzy o to, że są skorumpowanymi łajdakami, a do tego sami chorują. I podobnie jest z grzechem i gryzącym sumieniem. Opluwanie księży czy Kościoła w niczym delikwentowi nie pomoże. A wręcz przeciwnie. I dlatego, choć złości mnie tak żenująca antyklerykalna propaganda Lisa, to w gruncie rzeczy mu współczuję, bo widzę, że aby nie wiedzieć o chorobie niszczy termometr, i sam sobie odbiera nadzieję na przebaczenie i miłość.

 

Tomasz P. Terlikowski