Jeśli sąd rzeczywiście zakaże mi wypowiadania się na temat płci tej osoby, i zasądzi karę będzie to znaczyło, że płeć, według sędziów, nie znaczy już nic. Nie wikłając się bowiem w szczegóły operacji, jaką w Tajlandii przeszła wspomniana osoba nie ulega wątpliwości, że genetycznie jest ona i pozostaje mężczyzną. Zabiegi chirurgiczne czy hormony nie mogą tego zmienić. I jeśli sąd uzna inaczej, będzie to znaczyło, że biologia nic już nie znaczy, a płeć jest wyłącznie kwestią prywatnej opinii.

 

Ale nie jest to jedyny groźny precedens, jakim może skutkować ta sprawa. Otóż proces wytoczony mi przez osobę z Ruchu Palikota oznacza w istocie próbę zamknięcia ust osobom krytycznie nastawionym do absurdalnych postulatów ruchu LGBT. Zakaz kwestionowania płci po operacji jej zmiany prowadzi bowiem do zakazu negatywnego mówienia o tego typu „operacjach”. Pozytywnie bowiem opowiadać o nich można, czego dowodem jest film poświęcony osobie, o której mowa czy liczne jej wypowiedzi medialne.

 

Osoba, o której mowa jest politykiem, postulaty dotyczące transseksualizmu są istotnym elementem jej programu politycznego, a jej własna historia głównym argumentem na rzecz tegoż programu. Zakaz kwestionowania pewnych elementów tej tożsamości czy wypowiadania się na temat płci jest zatem próbą zatamowania dyskusji na temat tych postulatów. W imię obrony dobrego imienia czy dobrego samopoczucia polityka. Idąc dalej tym tropem należałoby w ogóle zakazać konserwatystom czy katolikom uczestniczenia w dyskusjach światopoglądowych, bowiem ich poglądy naruszają dobre samopoczucie lobbystów LGBT.

 

I w zasadzie o to chodzi. Lewaccy inżynierowie społeczni od dawna próbują zamykać usta tradycyjnie myślącym ludziom. Proces przeciwko Joanne Najfeld, „Gościowi Niedzielnemu” miał uniemożliwić mówienie prawdy o zabijaniu nienarodzonych, proces przeciwko „Rzeczpospolitej” w sprawie kozy miał uniemożliwić dyskusję nad „związkami partnerskimi osób tej samej płci”, teraz dokonuje się próba uniemożliwienia debaty nad transseksualizmem i transeksualistami. Wyroki nie mają przy tym większego znaczenia. Nawet jeśli sądy (a poza wyrokiem w sprawie „Gościa Niedzielnego” raczej broniły one normalności) nie zgodzą się z zarzutami, to stracony czas i środki konieczne do prowadzenia tego typu procesów skutecznie ograniczą wolność słowa i chęć do walki osób, które chcą prezentować normalność i zdrowy rozsądek. Joanna Najfeld, choć sprawę wygrała, niemal zniknęła z życia publicznego.

 

Jeśli nie chcemy tej walki przegrać konieczne jest zatem nie tylko stworzenie instytucji, które zaczną się zajmować pomocą w prowadzeniu takich procesów (każdy z nich oznacza całkiem realne koszty), ale także uświadomić sobie, że nie są one tylko prywatną sprawą osób, którym je wytoczono. Każdy z tych wyroków może być groźnym precedensem, za pomocą którego będzie się coraz mocniej ograniczać prawo do wolności wypowiedzi czy wręcz do głoszenia pewnych fundamentalnych zasad moralnych czy prawd biologicznych.

 

Tomasz P. Terlikowski

 

Zob. również:

Terlikowski: Mam porces