To, że mamy prawo zadawać pytania o katastrofę smoleńską wydawałoby się czymś oczywistym. Śmierć prezydenta, wielu najważniejszych urzędników państwowych i dowództwa armii nie zdarza się co dzień. Nie codziennie giną też polscy politycy na terenie nieprzyjaźnie do nas ustosunkowanego państwa, które ma ogromne doświadczenie w zabijaniu swoich wrogów. Pytania są zatem naturalne...
Ale od jakiegoś czasu próbuje się nam wmówić, że każdy kto stawia pytania jest oszołomem, wariatem, zwolennikiem spiskowej teorii dziejów i oczywiście pis-owcem. Od jakiegoś czasu wmawia się nam także, że czas już skończyć temat smoleński, bo żałoba się skończyła i czas żyć normalnie. Ale to nieprawda. Od tego, jak odpowiemy sobie na pytania związane z katastrofą smoleńską, jak zdiagnozujemy jej przyczyny zależy nasza przyszłość... I dlatego mamy obowiązek się o to pytać, drążyć temat. A psim obowiązkiem władzy jest nam na te pytania odpowiadać. A nie z obrzydzeniem odwracać głowę.
I dobrze, że Kościół znajduje w sobie siłę, by o tej oczywistości przypomnieć. Nie w imię interesu partyjnego, nie dla wąsko pojmowanych interesów politycznych, ale w imię prawdy i przyszłości naszego państwa i narodu. Kościół bronił go w przeszłości i dobrze, że wciąż są pasterze, którzy chcą to robić obecnie...

