Wiem, że to zabrzmi jak herezja, ale nie oglądam meczu z Rosjanami. Jestem euroobojętny, nie ruszają mnie chorągiewki na samochodach, ani czapki z rogami (przy sympatię do tych, którzy je noszą nie będę ich określał dosadniejszymi słowami). I dlatego wybrałem się wieczorem na przejażdżkę rowerową. I z zaskoczeniem stwierdziłem, że takich jak ja w tym mieście niemal nie ma. Ulice są puste, jak w Wielkanoc czy Boże Narodzenie.
Gdy zaś zaczął się mecz ulice opustoszały zupełnie. I tylko w oknach mruga zielona poświata, i od czasu do czasu słychać okrzyki radości (gdy Polanski strzelił ze spalonego) czy żalu. W takich sytuacjach żałuję (sam się sobie dziwię), że ani piłka nożna ani kibicowanie jakoś zupełnie mnie nie kręci. Te emocje muszą być niesamowite, skoro wymiotły wszystkich z ulic.

