A żeby to zrozumieć trzeba przypomnieć, że dzieła sztuki sakralnej (których naturalnym miejscem pobytu jest świątynia, a nie muzeum) zostały przez państwo zwyczajnie Kościołowi ukradzione. Najpierw przez Niemców, a później przez komunistów. Naturalny zatem wydawałby się zwrot tego, co ukradzione, okradzionemu. Ale to, co oczywiste dla ludzi posługujących się zdrowym rozsądkiem nie jest już takie dla dyrektor Muzeum Narodowego Agnieszki Morawińskiej. Ona jest zdania, że „nie jest też tak, że każdy historyczny właściciel ma prawo do dzieł, które są naszym dziedzictwem narodowym”. Tłumacząc te słowa z dyrektorskiego na nasze oznacza to tyle, że jeśli państwo uzna, iż coś jest „naszym dziedzictwem narodowym”, to ma prawo to ukraść i przekazać do muzeum.

Spór o własność dzieł sztuki sakralnej jest zatem w istocie sporem o to, czy nasze państwo szanuje własność, czy uznaje, że grabież dokonana przez komunistów była legalnym aktem suwerennego państwa, który powinien być szanowany, czy też uważa – idąc tropem komunistów – że grabież, okradanie ludzi jest uprawnioną metodą działania państwa. Te pytania leżą u podstaw sporu między Muzeum Narodowym a Bazyliką Mariacką. Wybory mogą być różne. W Czechach do tej pory katedra św. Wita nie należy do Kościoła, a państwo łaskawie użycza bocznej kaplicy do liturgii. Czy rzeczywiście chcemy, by tak było w Polsce?

Tomasz P. Terlikowski

/

Podobał Ci się artykuł? Wesprzyj Frondę »