Ta nagroda jest dla mnie szczególnie ważna, bo moje zaangażowanie społeczne i dziennikarskie wyrasta bowiem – w znaczącym stopniu – z pasji obrony życia. Tysiące stron, które zapisałem (w formie felietonów, artykułów, a książek bieotycznych, reporterskich czy wreszcie powieści), godziny programów, które nagrałem, i wreszcie tysiące kilometrów, jakie przebyłem w drodze na rozmaite spotkania w kraju i poza jego granicami służyć miały temu jednemu celowi: walce o życie, o to, by doprowadzić – przynajmniej u nas w Polsce – do całkowitego zakazu aborcji, i by uświadamiać, jakie zło kryje się w eutanazji, in vitro czy antykoncepcji.

Cywilizacja śmierci pochłania wciąż nowe ofiary. Dzisiejszy dzień osób z zespołem Downa przypomina o tym z niezwykłą mocą. W USA czy Norwegii ponad 90 procent dzieci, u których zdiagnozowano go zostaje zabitych. A i w Polsce rocznie zabija się ponad 500 takich dzieci. Ale 50 milionów zamordowanych w brutalny sposób dzieci rocznie, to nie tylko niepełnosprawni, ale także zwyczajnie odtrąceni przez silniejszych, uznani za balast, którego można się pozbyć, pozbawieni nawet człowieczeństwa. Oni giną na naszych oczach, a my przyglądamy się temu ze spokojem, jak zwyczajni Niemcy patrzący na Holokaust. Te dane jasno pokazują, że jest sporo do zrobienia. A Tulipan, jaki dostałem, skłania mnie do jeszcze mocniejszego zaangażowania w obronę życia. I dlatego bardzo za niego dziękuję. A dedykuję go mojej kochanej żonie. Bo bez niej, bez jej otwarcia na życie, ale także odwagi w przyjmowaniu wyzwań, jakie stają także przed naszą rodziną w związku z moim zaangażowaniem (by wspomnieć tylko o zagrażających naszemu bytowi procesach sądowych z Alicją Tysiąc) pro life, nie byłoby mnie i mojego zaangażowania. Tulipany Narodowego Dnia Życia są zatem nagrodą także dla niej.

Tomasz P. Terlikowski